Nowy numer 44/2020 Archiwum

Noc cudów, powrót do dzieciństwa czy twarda rzeczywistość?

Święta Bożego Narodzenia. Dla większości z nas czas szczególny, do którego lubimy wracać. Co nam utkwiło w pamięci, jakie przeżycia z tego czasu wspominamy, jak świętujemy narodzenie Zbawiciela - zapytaliśmy różne osoby, które zechciały podzielić się z nami swymi wspomnieniami.

Agnieszka Fudalej

Nauczyciel w świetlicy

Święta są dla mnie czasem zatrzymania, kiedy cały zgiełk towarzyszący przygotowaniom do Bożego Narodzenia zamiera. Pracując w szkole z dziećmi, dużo wcześniej podczas zajęć w świetlicy, przygotowujemy różne ozdoby świąteczne, kartki, stroiki, stajenkę. Dzieci ćwiczą teksty jasełek, potem jest wielki występ przed rodzicami. To wszystko sprawia, że czas do świąt wręcz pędzi. Kiedy wreszcie nadchodzi wigilia, wszystko cichnie, zatrzymuje się, jakby zadziwia tym, co się wydarza. Bardzo lubię ten czas. To także okazja do bycia z bliskimi, spotkań rodzinnych, kultywowania tradycji. Zwykle święta spędzamy u mojej lub męża mamy. To taki powrót do dzieciństwa do barszczu, który tak smakuje tylko raz w roku, i który chyba nigdy nie wyjdzie mi tak pyszny, jak mojej mamie.

Renata Ferenc

Przedszkolanka

Każde święta są podobne, a zarazem inne. Myślę, że z wiekiem zmienia się moje podejście do nich i choć może teraz jest głębsze, to i tak z sentymentem wracam pamięcią do czasów dzieciństwa i tradycji rodzinnych. To były całkiem inne czasy, kiedy trudno było coś w sklepach kupić, więc święta były pod tym kątem wyjątkowe. Zwykle spędzaliśmy je u dziadków, którzy na Boże Narodzenie ubijali świnię i robili prawdziwe rarytasy. Pachniało kiełbasami, siankiem, choinką. Zjeżdżaliśmy się do mojej babci, gdzie spotykaliśmy się z rodzeństwem mojej mamy i kuzynostwem. Miejsca było mało, więc spaliśmy pokotem na podłodze na porozkładanych kołdrach. Przy wigilijnym stole było ciasno i gwarno, a jednocześnie tak podniośle. Babcia uważała, że w Boże Narodzenie nie można podejmować żadnych prac domowych, tylko świętować. Nie zmywało się nawet talerzy, których przy takiej ilości osób rosła wielka sterta. Wspólnie szliśmy na Pasterkę, a po powrocie zaglądaliśmy do lodówki, by skosztować pyszności, bo rzecz jasna, że w Wigilię się pościło i o próbowaniu szynek nie mogło być mowy.

Małgorzata Serafinko

Urszulanka szara SJK

Przeżywanie świąt z jednej strony zmienia się wraz z naszym dorastaniem, z drugiej jest niezmienne w swojej wymowie, zachowaniu tradycji i wielkiej radości z narodzenia Zbawiciela. Pamiętam święta z mojego dzieciństwa, gdy zasiadaliśmy do wieczerzy, jak u mnie w domu mówiono całą rodziną. Nie była ona zbyt wielka, bo tylko ja, moja siostra, rodzice i dziadkowie, ale była szczególna. Moi dziadkowie ze strony mamy pochodzili ze Lwowa i często wówczas wspominali, jak to kiedyś było, a mój tato pochodził z Wilna. Rodzina łączyła różne tradycje, które mnie zachwycały. Jak byłam mała, czekałam na odwiedziny kolędników, którzy zawsze w Wigilię rano odwiedzali domy. To musieli być chłopcy lub mężczyźni. Przychodzili, śpiewali kolędę, dostawali ciasto lub pieniądze. Potem przychodził czas wypatrywania pierwszej gwiazdy i wieczerza, którą rozpoczynał dziadek modlitwą. Pamiętam też prezenty, które dostawały tylko dzieci. Był to zazwyczaj owinięty w sreberko orzech lub jabłko, czasem ozdobiona koperta z pieniędzmi na buty czy książki. Było skromnie, ale ciepło, serdecznie, z miłością. Pamiętam też pierwsze święta we wspólnocie zakonnej, które spędzałam w Pniewach. To była ogromna wspólnota sióstr, może i jakieś 100 osób. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie po świętach w domu, gdzie było nas tak mało. Życzenia trwały bardzo długo, było podniośle i tak radośnie. W Lublinie też jest zwyczaj, że urszulanki ze wszystkich trzech domów, jakie tutaj mamy, spotykają się na wieczerzy na Poczekajce. Zapraszamy do wspólnego stołu też osoby samotne i studentki, które nie mogły pojechać do domu na święta. W ubiegłym roku świętowały z nami studentki z Kazachstanu, Chin, Ghany. Kolędy więc śpiewane były we wszystkich językach. W naszych domach urszulińskich jest też taki zwyczaj, że dzień przed Wigilią przepraszamy się i wybaczamy wszelkie urazy, tak by zasiadając do wieczerzy, móc mieć serce pełne pokoju i radości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama