Pomysł był księdza Mietka Puzewicza, kiedy to w 2002 media podawały, że Lubelszczyzna plasuje się w czołówce liczby osób zamarzających, padło hasło by coś zrobić, zareagować, odszukać ich, podejść z kanapką i gorącą herbatą. Stąd pomysł nazwy programu: gorący od herbaty, patrol od co wieczorowych akcji.
Początkowo było to przeszukiwanie okolic dworców, węzłów ciepłowniczych, uliczek. Z czasem potrzebujący sami wiedzieli, że wieczorem można spotkać wolontariuszy pod PKP, i na to spotkanie przychodzili. Na herbatę, ale i na rozmowę, bo jak sami mówią, wolontariusze są ich łącznikiem ze światem, kiedy można porozmawiać o czymś więcej, niż tylko gdzie i za co dziś piejmy.
Wolontarusze Gorącego Patrolu
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
- Punktem wyjścia był człowiek, nie wypytywanie o przeszłość, o przewinienia, nawet jeśli czasem zatracił swoje człowieczeństwo, poprzez utratę pracy, alkohol, utratę domu - mówi Justyna Orłowska z Gorącego Patrolu. Od kilku lat, dzięki pomocy Ratusza, patrol ma swój lokal w okolicach dworca na ul. 1-maja. Dzięki temu zupę można zjeść przy stole, jak normalny człowiek, a nie na kolanie na ulicy. Można też się ogrzać, no i nie pada na głowę podczas posiłku.
Praca, czy może lepiej służba, która na pierwszy rzut oka może wydawać się niewdzięczna, okazuje się dla wielu ludzi jedną z najwspanialszych na świecie.
Marta, jedna z wolontariuszek, przychodzi tu od 6 lat. Namówiła ją koleżanka ze stancji, jeszcze podczas studiów. Spróbowała, choć przyznaje, że za pierwszym razem czuła się niepewnie.
- Przyszłam trochę wystraszona. Na początku parzyłam herbatę i robiłam kanapki. Potem odważyłam się rozmawiać z ludźmi, którzy przychodzili. Nawet nie wiem kiedy zorientowałam się, że czuję się wśród nich, jak w rodzinie. Nie przeszkadza mi to, że czasami są brudni, śmierdzący. Mają problem z alkoholem. Dla nas wolontariuszy są zawsze życzliwi, a jak nas widzą na ulicy kłaniają się z daleka. Wśród nich czuję się bezpiecznie i wiem, że to, co robię ma sens - mówi Marta.
Gorący patrol zaczyna swoją działalność w listopadzie, gdy robi się zimno, a kończy wiosną w zależności od pogody. W ten sposób wolontariusze pomagają przetrwać bezdomnym i biednym najgorsze miesiące w roku.
Więcej w kolejnym numerze lubelskiego "Gościa Niedzielnego".









