Nowy numer 2/2021 Archiwum

Siostry na zawsze

Misja w Boliwii nie była pierwsza. Helena Kmieć odważnie szła przez życie. Wspomnienie o niej było ważnym punktem pierwszego dnia Tygodnia Eklezjologicznego na KUL.

Opowieść była tym ważniejsza, że o Helenie mówiła Teresa Kmieć, jej siostra. – Jak wszystkie siostry, czasem się kłóciłyśmy, częściej jednak się wspierałyśmy, rozmawiając niemal codziennie – wspominała. – Nie da się w kilku zdaniach opowiedzieć o życiu jakiejś osoby, nie jest to możliwe szczególnie, gdy chce się powiedzieć o życiu własnej siostry, z którą od najmłodszych lat dzieliło się dom, szkołę, codzienność, a która została zamordowana, służąc dzieciom na misjach w Boliwii. Chcę jednak powiedzieć, że miałyśmy zwyczajne relacje i zdarzało nam się kłócić. Kiedy przypominam sobie dziś te sytuacje, w większości z nich widzę, że to ja chciałam postawić na swoim i usłyszeć od Heleny, że mam rację. Ona raczej próbowała konflikty załatwiać pokojowo. Gdy byłyśmy dziećmi, wolała się bawić, niż tracić czas na kłótnie – mówiła Teresa Kmieć.

Zaczęło się od wirtualnej znajomości

Wraz z Teresą do Lublina przyjechał ks. Paweł Król z rodzinnej parafii Heleny w Libiążu. – Moje spotkanie z Heleną było początkowo wirtualne. Kiedy przyszedłem do jej rodzinnej parafii, Helenka była w liceum w Wielkiej Brytanii, ale ciągle o niej od kogoś słyszałem. Ludzie mówili: „Szkoda, że nie ma Helenki, ona by to zrobiła doskonale”. Kiedy słyszałem to kolejny raz, zacząłem się zastanawiać, kim jest ta dziewczyna, która tyle rzeczy, według jej rówieśników, mogłaby zrobić wspaniale. Potem natknąłem się na jej fotobloga, następnie przesłała mi link do innej swojej strony, gdzie zamieszczała różne refleksje. Kiedy przychodziły wolne dni, Helena wracała ze szkoły w Anglii i dla wszystkich było naturalne, że zjawiała się w kościele. Śpiewała psalmy, była animatorką muzyczną na pielgrzymce, przychodziła na spotkania modlitewne. Szybko i dla mnie stało się oczywiste, że na przykład psalm w Wielki Piątek zawsze śpiewa Helena – wspominał ks. Paweł. Mimo że drogi sióstr się rozeszły, bo Helena po zdaniu matury w Wielkiej Brytanii podjęła studia w Gliwicach, a jej siostra w Lublinie na KUL, miały ze sobą nieustanny kontakt. – Kiedy mogłam wybrać jeden numer, z którym bez limitu będę mogła rozmawiać, wybrałam numer Helenki, bo z nią rozmawiałam najczęściej. Mieszkałyśmy w różnych częściach Polski, ale miałyśmy wiele wspólnych spraw. Razem załatwiałyśmy np. prezenty dla rodziców, co w praktyce wyglądało tak, że uzgadniałyśmy coś przez telefon, a ona potem to organizowała – opowiadała Teresa.

Z uśmiechem przez życie

To, co najbardziej zapadło w pamięć i zostanie chyba na zawsze, to uśmiech Heleny. – Podchodziła do życia z życzliwością i odwagą. Mimo że nie dostała się w Wielkiej Brytanii na studia medyczne, nie była załamana. Postanowiła wrócić do Polski, by znaleźć coś dla siebie w języku angielskim. W końcu zdecydowała się na Gliwice i studia z technologii i inżynierii chemicznej. Nie był to jej wymarzony kierunek, ale skoro go zaczęła, postanowiła też skończyć. Nie zaskoczyło mnie, że po studiach nie szukała pracy w żadnym laboratorium, ale została stewardessą. Tak jak nie zaskoczyło mnie, gdy dowiedziałam się, że zaangażowała się w wolontariat misyjny prowadzony przez salwatorianów. To była cała Helena, która odważnie szła przez życie, podejmując się różnych działań – podkreśliła Teresa. Misja w Boliwii nie była pierwszą, na którą Helena się wybrała, może dlatego nie robiło to już takiego wrażenia. Wcześniej był wolontariat na Węgrzech, w Zambii i Rumunii. – Najbardziej przejmowała się mama. Tak się jednak złożyło, że na nasze ostatnie wspólne Boże Narodzenie rodziców odwiedził znajomy ksiądz, który akurat wrócił z Boliwii. Mama wypytała go, czego można się tam spodziewać. Usłyszeliśmy, że to bardzo przyjazny kraj, mili ludzie i nie ma się czego obawiać. Między innymi dlatego, gdy dowiedzieliśmy się o śmierci Heleny, nie mogliśmy uwierzyć. Z drugiej strony przecież w Polsce też można wyjść z domu i wpaść pod samochód, nikt nie może nam zagwarantować, że nic się nam nie przydarzy – zwróciła uwagę Teresa. Wśród pamiątek, jakie zostawiła jej siostra, jest różaniec ze sznurka, który Helena sama zrobiła. Kiedy Teresa go dotyka, przesuwając paciorki, ma świadomość, że wcześniej dotykały go palce Helenki. – Ten różaniec był jednym z wielu, które uplotła, gdy zaangażowała się w wolontariat misyjny. Potem wykonane własnoręcznie rzeczy albo upieczone ciasta sprzedawała z przyjaciółmi na kiermaszach, zbierając fundusze na misje – zaznaczyła Teresa. 8 stycznia 2017 r. Helena wyjechała wraz z Anitą Szuwald jako wolontariuszka misyjna do Boliwii, gdzie planowała do czerwca pomagać siostrom służebniczkom dębickim w prowadzonej przez nie ochronce dla dzieci w Cochabambie. Zginęła w nocy z 24 na 25 stycznia 2017 r. ugodzona nożem w czasie napadu rabunkowego na placówkę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama