Nowy numer 2/2021 Archiwum

Bałaganiara i pedant

Znali osobiście sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, byli w pierwszym w Polsce kręgu Domowego Kościoła, prowadzili rekolekcje. Elżbieta i Stefan Ogrodnikowie swoje życie związali z posługą innym.

Elżbieta Ogrodnik dzieli swoje małżeństwo na dwa okresy. Pierwszy bez Domowego Kościoła i drugi po wejściu do wspólnoty. Dziś jest sama, bo mąż Stefan odszedł do Pana w 2001 roku. Twierdzi, że ich życie nabrało pełni i stało się naprawdę szczęśliwe dopiero wtedy, gdy Pan Bóg postawił na ich drodze Ruch Światło–Życie. O tym doświadczeniu pani Elżbieta dawała świadectwo w parafii św. Józefa w Lublinie podczas rejonowego dnia wspólnoty. Ona towarzyska, chętna do spotkań ze znajomymi, otwarta na ludzi. Do tego trochę bałaganiara. On samotnik, raczej zamknięty na gości, do tego pedantycznie dbający o porządek. Czy ich małżeństwo przetrwałoby, gdyby nie spotkali ks. Blachnickiego?

Górskie spotkanie

W 1974 r., kiedy wypoczywali na wakacjach w Małem Cichem, widywali grupę młodzieży z księdzem. Rozśpiewaną, rozmodloną, radosną. – Stefan podszedł do tego księdza, z pytaniem, co to za wypoczynek, bo my bardzo chętnie wysłalibyśmy córki na podobne wakacje. Usłyszał wtedy pytanie: skąd państwo są? Z Lublina. To świetnie się składa, bo tam jest centrala Ruchu Światło–Życie. Podaliśmy nasz numer telefonu i usłyszeliśmy, że ktoś się z nami skontaktuje – opowiada pani Ogrodnik.

Francuskie początki

O Ruchu Światło–Życie, zwanym oazą, wtedy niemal nikt nie słyszał. To były początki. Ks. Franciszek Blachnicki, szykanowany przez władze komunistyczne, musiał opuścić Katowice i przyjechał do Lublina na studia na KUL. Proponował młodzieży spotkania wokół Ewangelii i organizował rekolekcje wakacyjne połączone z wypoczynkiem. Na co dzień pracował na KUL-u i miał kontakt ze studentami i małżeństwami. Obserwował, jak bardzo małżonkowie potrzebują jakiejś formy duszpasterstwa, która pomoże im wzrastać we wzajemnej miłości. Wiedział, że we Francji istnieją wspólnoty nazywane Ekipami Notre Dame, skupiające wierzące pary. Poprosił więc współpracującą z nim s. Jadwigę, która znała francuski i wybierała się do Francji, aby dowiedziała się jak najwięcej o zasadach działania ekip. Opierając się na formacji Ruchu Światło–Życie i korzystając z doświadczeń francuskich, zaczęto tworzyć program dla małżeństw nazywany Domowym Kościołem Ruchu Światło–Życie. Tak powstały kręgi Domowego Kościoła, czyli małe wspólnoty skupiające od 4 do 7 małżeństw, które spotykały się raz w miesiącu. – Kiedy dostaliśmy zaproszenie na Sławinek, nie wiedzieliśmy, w jakim celu. Wtedy do Kościoła lepiej było się nie przyznawać, a organizowanie jakichś spotkań religijnych mogło się źle skończyć. Na miejscu okazało się, że przyszło jeszcze kilka par. Spotkał się z nami ks. Franciszek Blachnicki i zaproponował wspólnotę dla małżeństw. Tak zawiązał się pierwszy krąg Domowego Kościoła, w którym mieliśmy szczęście się znaleźć, potem zostaliśmy pierwszą parą diecezjalną – mówi pani Elżbieta.

Małżeńska reaktywacja

Jej małżeństwo zaczęło się zmieniać. Stosowanie się do zasad Domowego Kościoła zaowocowało tym, że ich relacje zaczęły nabierać nowego wymiaru. – Po jakimś czasie zauważyłam, że coraz częściej pytamy się wzajemnie, co możemy zrobić dla drugiego. Codzienna modlitwa osobista i małżeńska oraz regularne czytanie Pisma Świętego nastawiały nas inaczej do życia. Jednak największym darem okazał się dialog małżeński, który mieliśmy obowiązek przeprowadzić raz w miesiącu. To była rozmowa w obecności Boga o tym, co nas dotyka. Na co dzień nie ma czasu na mówienie o uczuciach, zastanawianie się nad emocjami i zachowaniami. Dialog był czasem wygospodarowanym w zabieganiu i spojrzeniem na nasze małżeństwo z innej perspektywy – mówi pani Elżbieta. Domowy Kościół zaczął wypełniać ich życie, jeździli na rekolekcje, w końcu sami zaczęli je prowadzić. – Były takie lata, że prowadziliśmy 11 serii rekolekcji. Nie odmawialiśmy, gdy nas o taką posługę proszono. Zdarzyło mi się to tylko raz, gdy byłam po operacji. Stefan wypominał mi potem przez długi czas, że odmówiłam pracy w winnicy Pana. Gdy mąż zmarł, byłam przekonana, że etap rekolekcji zakończył się w moim życiu. Gdy niespodziewanie poproszono mnie, bym sama je poprowadziła, przystałam na propozycję, by spłacić tamten dług – opowiada pani Elżbieta. Zawsze też daje świadectwo o tym, jak Pan Bóg przemieniał ich małżeństwo.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama