Nowy numer 27/2020 Archiwum

Po nocy przychodzi dzień

Najpierw spłonął jego dom, potem utopił się młodszy brat, a na koniec poraził go prąd i trzeba było amputować nogę i część ręki. Jan Mela uważa się jednak za szczęściarza.

Najpierw burza, potem spokój

Na wydarzenia w jego życiu i postrzeganie Pana Boga wielki wpływ miały także relacje z tatą. – Jeśli myślicie, że ja dziś tak gadam o tym, że Pan Bóg mnie kocha, bo mam takie doświadczenia wyniesione z domu, to się mylicie. Moje relacje z ojcem były tragiczne. Opowiadałem o nich szczerze jakiś czas temu wspólnie z tatą na łamach „Gościa Niedzielnego”. Zostaliśmy namówieni do szczerości i nie żałujemy tego, bo po tym wywiadzie poproszono nas w kilku miejscach o danie świadectwa, a potem podchodzili ludzie dziękować, bo zobaczyli, że nie ma sytuacji bez wyjścia – mówi Janek. Pamięta wiele trudnych obrazków z własnego domu. Nieprzespane noce z powodu awantur w pokoju rodziców. – Po moim wypadku, gdy tata przyjeżdżał do szpitala, naprawdę miałem go dość. Mobilizował mnie w rehabilitacji, ale robił to w bardzo surowy sposób: „Ćwicz, bo nic z ciebie nie będzie. Będziesz nikim”. Po każdym takim słowie czułem się przygnieciony. Czasem mnie to motywowało, czasem łamało. Teraz wiem, że bez tego pewnie do dziś siedziałbym w miejscu i użalał się nad sobą. Dzielił nas kosmos. W końcu kiedyś nie wytrzymaliśmy i wykrzyczeliśmy na siebie, co nam leżało na sercu. Był biedny, bo wyładowałem na nim wszelką złość, niezgodę na to, co mnie spotkało. Wykrzyczałem mu w twarz, że go nienawidzę. Tata też wykrzyczał mi wtedy wiele rzeczy. We łzach, w złości wykrzyczał kawał historii swojego życia. Wtedy go zrozumiałem, inaczej spojrzałem i dziś mogę powiedzieć, że nie tylko kocham mojego ojca, ale bardzo go lubię. Zbudowaliśmy nasze relacje od nowa, i to jest cud możliwy tylko z Bożą pomocą – przyznaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama