Nowy numer 41/2018 Archiwum

Idziemy po dobrych śladach

To nie jest podróż w ciemno, kiedy człowiek z lękiem stawia każdy krok. Przeciwnie! Ponad 40 lat temu ks. Franciszek Blachnicki przetarł szlak, którym wciąż z zachwytem idą kolejne pokolenia.

Ruch Światło–Życie ludzie odkrywają w różnym wieku i różnych okolicznościach. Jedni mają po kilka czy kilkanaście lat, inni wkroczyli w dorosłość, jeszcze inni, żyjąc w małżeństwie, szukali czegoś, co pozwoliłoby im być lepiej ze sobą. – Ja jestem przypadkiem dosyć późnej miłości do Ruchu. Byłem już klerykiem w seminarium, kiedy bliżej zacząłem się przyglądać tej wspólnocie. Dla mnie, młodego wówczas chłopaka, wielkim autorytetem był ks. Marek Urban, diecezjalny moderator Ruchu Światło–Życie. Pomyślałem sobie, że skoro taki ksiądz jest zaangażowany w to dzieło, to musi to być coś cennego. Zacząłem więc chodzić na spotkania oazowe i poznawać, czym to jest – mówi ks. Jerzy Krawczyk, nowy moderator diecezjalny Ruchu Światło–Życie, prowadzący obecnie wakacyjne rekolekcje oazowe III stopnia dla młodzieży. Poznając Ruch, poznawał też jego założyciela ks. Blachnickiego, śląskiego księdza, którego losy zawiodły do Lublina. Miasto stało się jednym z oazowych centrów w Polsce, obok Krościenka.

Stopień po stopniu

– Jako kleryk przeszedłem całą formację – od rekolekcji nazywanych pierwszym stopniem, kiedy odkrywamy, że Bóg ma dla nas wspaniały plan, przez drugi stopień poświęcony „wyprowadzeniu z Egiptu”, czyli wyzwoleniu się z różnych słabości i ograniczeń, po trzeci stopień pokazujący bogactwo Kościoła, jego wspólnot i darów udzielanych przez Ducha Świętego. Kiedy jednak wspominam mój pierwszy wyjazd na rekolekcje, przyznaję, że łatwo nie było. Nawet pojawił się moment, że powiedziałem sobie „nigdy więcej”, ale potem przyszła refleksja, iż znam tylu wspaniałych ludzi zaangażowanych w to dzieło, że może nie warto się poddawać. Tak się stało. Drugi wyjazd na rekolekcje to było całkiem nowe doświadczenie, zachwyt, pokój w sercu, pewność, że jest to propozycja dla Kościoła wciąż aktualna, mimo upływu lat – mówi ks. Jurek.

Dorota do oazy trafiła jako mała dziewczynka dzięki mamie. Najpierw był zachwyt nad możliwością spotykania się z rówieśnikami i wspólnego spędzania czasu, potem przyszło odkrycie, że jeśli zaprosi się do swego życia Pana Boga, jest zwyczajnie łatwiej, spokojniej – nawet jeśli przychodzą trudności. – Miałam 8 lat, kiedy mama zaproponowała, że zaprowadzi mnie na oazowe spotkanie dla dzieci. Nic mi to nie mówiło, ale chciałam robić coś więcej niż chodzić do szkoły i na dodatkowe zajęcia. Nawet nie wiem, dlaczego mama wybrała oazę, bo rodzice nie są w Domowym Kościele – rodzinnej gałęzi Ruchu Światło–Życie, ale musiała słyszeć od innych coś pozytywnego, skoro zdecydowała się mnie tam zaprowadzić – mówi Dorota, która na rekolekcje do Lublina przyjechała ze Słupska. Mówi, że w tym roku obchodzi mały jubileusz swojej obecności w Ruchu, bo od pierwszego spotkania mija 10 lat.

Tego szukaliśmy

– Nigdy nie żałowałam tego czasu. Z dziecięcych zabaw zaczęły rodzić się przyjaźnie, budowała się wspólnota, na którą można było zawsze liczyć. Mam w telefonie taką listę kontaktów, do których mogę zadzwonić o każdej porze. To ważne, ale najważniejsze jednak było doświadczenie Bożego planu w moim życiu. Teraz już wiem, że jak coś nie idzie po mojej myśli, to i tak Pan Bóg wyprowadza z tego jakieś dobro. To daje spokój i człowiek nie miota się niepotrzebnie, ale bierze Pismo Święte do ręki i rozeznaje, jaki jest Boży plan – mówi Dorota.

Zupełnie inną drogą do oazy przyszedł Łukasz. – Pochodzę z Krakowa, gdzie – wiadomo – całkiem niedawno odbywało się spotkanie młodych z papieżem Franciszkiem. Zanim to wszystko jednak się wydarzyło, w naszej parafii szukano wolontariuszy, którzy mogliby pomóc w przygotowaniach. Mój młodszy brat, który był w oazie, namówił mnie, bym się zgłosił. Początkowo miałem opory, bo to ja jako starszy zawsze przecierałem szlaki i zachęcałem go do różnych rzeczy, a tym razem było odwrotnie. Coś mnie jednak ciągnęło do wspólnoty, kiedy widziałem, ile radości czerpią z niej inni. Poszedłem i zostałem. Kiedy papież wyjechał, emocje opadły, mnie brakowało spotkań z ludźmi, radości, jaką dawała wspólna modlitwa, i podejmowania działań, w których szefem był Pan Bóg. A że w naszej parafii prężnie działała oaza, do której dorosłe lub prawie dorosłe osoby mogły dołączyć, poszedłem na spotkania. Im więcej z tymi ludźmi przebywałem, tym czułem się szczęśliwszy. Dzień zaczynałem od modlitwy i zawierzenia wszystkiego Panu Bogu i jakoś wszystko się układało. Potem pojechałem na rekolekcje, gdzie poznałem wiele innych osób, które myślą podobnie i żyją podobnie. Dziś nie wyobrażam sobie życia w samotności bez Pana Boga i wspólnoty ludzi wierzących – mówi Łukasz.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy