GN 2/2019 Archiwum

Gdy felietonista schodzi na psy…

"Ja jak sobie pomyślę, że mogłabym mieć faceta, i wiesz, że dom, dzieci razem, jakieś wspólne życie – to od razu mi przychodzi na myśl: a jak będzie agresor jakiś czy...". Wybierając zaufanie, ryzykuję, że ktoś mnie zrani. Wybierając nieufność, niczego nie ryzykuję, funduję sobie samotność. Nawet w pełnym autobusie, jak to ślicznie kiedyś ujął Barańczak: "tłumną samotność".

Wielkim pisarzom zdarza się tak zwany pocałunek śmierci. Pojęcie wzięło się co prawda ze struktur mafijnych, ale pasuje: w wypadku literatów oznacza sytuację, gdy cenna nagroda literacka prowadzi do niemocy twórczej czy wręcz abulii. Wielki nie jestem, średni też raczej nie, myślałem, że uniknę. Co prawda zamiast „pocałunku” zdarzył mi się „pocałuneczek” zaledwie, całus dosłownie, w postaci własnego działu w „Gościu Lubelskim” (za co Szanownej Redakcji rączki całuję), ale i tak mnie zmogło. Ostatni felieton zszedł na psy – dosłownie. Psy bojące się petard, psy szczekające, w każdym razie – psy.

Podobno wielcy artyści, kiedy nie mogą tworzyć, to piją. Ze względu jednak na wrodzony wstręt do trunków, ograniczone środki materialne, no i jednak religijny charakter pisma – poniechałem. Rozwiązaniem ostatecznym, a zarazem zastępnikiem alkoholi, pozostaje podróż autobusem. Działa bezwarunkowo, czasem tylko kac większy. Nawet nie trzeba podsłuchiwać, najważniejsze treści komunikowane są na tyle wyraźnie, że wszyscy bez wyjątku podróżni mogą się nimi nacieszyć. Tym razem też się nie zawiodłem. Konwersacja dwóch niewiast w wieku przedadolescencyjnym (czyli tak zwane podlotki): „Ja jak sobie pomyślę, że mogłabym mieć faceta, i wiesz, że dom, dzieci razem, jakieś wspólne życie – to od razu mi przychodzi na myśl: a jak będzie agresor jakiś czy...”. Nie kończę, decydując się na autocenzurę, ze względu na katolicko-społeczny charakter pisma. Można się domyślić. A jak nie można, to tym lepiej to świadczy o Państwu. Ta sama osóbka skwitowała swój wywód; „Ja tam prawie nikomu nie ufam, ludziom to nie można ufać”.

O podobnych wypowiedziach można by rozprawy pisać… Szczególnie uderza fakt, że mówi to młoda osoba, która prawdopodobnie sama jeszcze niewiele doświadczyła, taki obraz świata jednak zapośredniczyła od starszych. Smutna konstatacja, że nasze relacje są coraz bardziej podminowane obawą: „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Może warto wziąć pod uwagę, że jednym z imion miłości jest elementarna ufność wobec drugiego? Wybierając zaufanie, ryzykuję, że ktoś mnie zrani. Wybierając nieufność, niczego nie ryzykuję, funduję sobie samotność. Nawet w pełnym autobusie, jak to ślicznie kiedyś ujął Barańczak: „tłumną samotność”.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • CSOG
    09.01.2019 16:02
    Lubię czytać Pana teksty, w których uważny czytelnik zawsze może znaleźć sobie jakieś przyczynki do odkrycia własnego spojrzenia na niektóre zjawiska. Utarte archaicznymi schematami przysłowia i zwroty przysłowiowe, o psach jak chociażby: „schodzić na psy” pieskie życie”, chyba można z wolna odkładać do lamusa. Tracą swoje pierwotne znaczenie w erze, w której te sympatyczne i uznane za najlepszych przyjaciół człowieka zwierzaki doczekały się znakomitej opieki lekarskiej, są rozpieszczane i hołubione przez właścicieli i bliżej im dziś do pewnych ptaków powietrznych czy lilii wodnych, które bez większych starań i tak mają wszystko czego im do szczęścia potrzeba. Większość z tych stworzeń ma dziś lepsze warunki egzystencjalno emocjonalne niż niejeden potargany i poraniony życiem człowiek bezdomny. I tylko wyrzucone poza nawias ludzkiej sfory, porzucone zwierzaki w schroniskach podtrzymują fundament i opokę starych definicji pojęciowych. Jednak gehenna banitów, los porzuconych, odtrąconych, to nie dokładnie to samo co los gatunku. Przyznaję jednak, że nie ci nasi przyjaciele mniejsi są dziś tą esencjonalną wisienką na torcie. I nie frustracje nasze, czy to te indywidualne i bardzo osobiste traumy i lęki, również nie te dające się zaobserwować szerzej nieufności w relacjach. Nie przykuły mojej uwagi powody i przyczyny coraz szerszego spektrum czynników streso i fobiogennych. Z zaciekawieniem zerknąłem w stronę pewnego ludzkiego balansu uczuć pomiędzy umiłowaniem wielkości a niechęcią do słabości. Jakby nie przekonywał nas pewien święty twierdzeniem, że w słabości moc się doskonali. Jakbyśmy nie dowierzali odkryciu psychologów, że szklankę zawsze można postrzegać albo w połowie pustą albo w połowie pełną. A te słabości nasze, nasze niemoce, bessy, chwilowe odczucia shot down, są dla mnie taką miłą lampką kontrolną w kolorze zielonym. Ja postrzegam je jako swoisty sygnalizator wszystko jest OK, droga przed tobą jest otwarta do dalszej podróży. To według mnie cenne kontrolki potwierdzające, że na szczęście ciągle jeszcze jesteśmy ludźmi a nie maszynami taśmowo i w sposób zaprogramowany produkującymi wytwory jedynie idealne i z mechaniczną precyzją pozbawione jakichkolwiek słabości czy wad.
    Nie jestem miłośnikiem kultury wschodu. A mimo to, choć bardziej z ciekawości niż zamiłowania, to jednak przyglądam się pewnemu fenomenowi medytowania rzeczy, spraw i zjawisk najprostszych. Z pewnym podziwem patrzę w stronę tych którzy w tłumie pędzących potrafią zatrzymać się tylko po to, aby spojrzeć pod stopy na ostatnią nierozdeptaną przez biegnący tłum stokrotkę. Może to z pozoru nie na temat, ale przypomniał mi się pod wpływem powyższego felietonu komentarz Danuty Piekarz do fragmentu Ewangelii opowiadający o tym, jak Pewien faryzeusz przyszedł do Jezusa nocą. Niełatwo jest samemu dostrzec, że w scenie tej faryzeusz zaczyna rozmowę w konwencji „wiem o tobie”. Podczas gdy odpowiedź Nauczyciela sugeruje konwencję: „porozmawiajmy raczej o Tobie”. To mi uświadomiło z jaką lekkością i łatwością obserwujemy otoczenie tak niewiele naprawdę wiedząc o samych sobie.
    Czy Świat naprawdę bardziej zainteresowany jest tym, co mamy mu do powiedzenia o nim, od tego co moglibyśmy mu powiedzieć o sobie?
  • CSOG
    10.01.2019 14:43
    Nie. Nie czuję się właściwie zrozumiany. Nie o kurtuazję by tutaj chodziło, lecz o felieton. O felieton chodziło i jego nieodłączną część jaką jest felietonista. I o różnicę pomiędzy monologiem a dialogiem by chodziło trochę. Choć troszkę. Nie wiem, doprawdy nie wiem, dlaczego w epoce papierowej uznano, że to gatunek nastawiony na kontakt z czytelnikiem? Dlaczego już u zarania definiowano go jako pogawędkę z czytelnikiem a nie gawędę dla czytelnika? Czyżby jakaś prorocza wizja spełniona dwa wieki później możliwościami e-prasy, w postaci wszechobecnego okienka „Wasze Komentarze”?
    Jeśli więc jest prawdą, że Anioł tkwi w szczegółach, to mnie zawiódł On tam, gdzie szukać trzeba aktywów, zalet czy inaczej nazwanych wartości dodatnich dialogu, tych stawiających na podium ów dialog ponad monologiem. I nigdzie nie znajduję bardziej drogocennego waloru dialogu, jak w pewnej zasadzie dobrych negocjacji mówiącej o tym, że sukcesem dialogu jest korzyść obopólna, zrównoważona po obu stronach stołu ( pióra, myśli, … można wstawić dowolny podmiot). Nic dodać.
    Ktoś mógłby się zmartwić losem i obecnym w tej sytuacji stanem gatunku literackiego, stawiając pytania: a gdzie w tej nowej rzeczywistości miejsce na osobisty punkt widzenia autora? Gdzie autora indywidualizm, gdzie miejsce na budzące skrajne emocje kontrowersje? Ktoś mógłby się martwić, lecz nie ja. Druga strona medalu zawsze jest tym samym medalem co jego pierwsza strona. I można mi wierzyć lub nie, lecz nie tylko niewiasty deprymuje fakt, że jakaś inna ma taką samą kieckę. I nie ma już żadnego znaczenia, że różni je więcej niż do siebie upodabnia taka sama sukienka. Tak bardzo pochłonęła nas pogoń za wyróżnikami, że przestaliśmy zwracać uwagę jacy naprawdę jesteśmy, jak bardzo jesteśmy od siebie różni i nie do podrobienia. Wystarczy tylko powiedzieć: co myślę, jak widzę, jak rozumie, żeby natychmiast znalazł się ktoś … żeby znalazł się tłum ktosiów pragnących ochoczo zakrzyknąć „jestem za, a nawet przeciw”(cytując klasyka), a nawet bardziej przeciw niż za. Ot i nasz indywidualizm i kontrowersyjnie osobisty punkt widzenia wyłoni się z norki sam. Chyba mi przyjdzie ponownie formułować pointę za pomocą pytajnika. Tak więc monolog, czy dialog? Wybór nie jest łatwy, bo tylko w jednej bramce czai się Zong, czyli wielkie nic. Wybór łatwiejszy o tyle, że wszechobecne okienko „Wasze Komentarze” chyba zadecydował już za nas stawiając felieton i felietonistę w odrobinkę innej niż dwa wieki temu sytuacji.
    Pozdrawiam serdecznie.
    P.S. Światło w jakim stoi felieton i felietonista wciąż pozostało to samo, tak jak nie zmieniła się różnica pomiędzy sceną a widownią, z której jak zawsze mogą dobiegać głosy czy to uwielbienia, czy dezaprobaty. I tylko spektakl zyskał na wartości dzięki funkcji interakcyjności. :)

    doceń 0
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy