Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Misjonarze – ludzie z pierwszej linii frontu

Pochodzą z różnych stron świata, wychowali się w innych kulturach i tradycjach, a jednak coś łączy ich tak mocno, że zostawiają wszystko i idą, by nieść Chrystusa ludziom, którzy o Nim nie słyszeli. Październik jest szczególnym miesiącem misyjnym.

Nowa rodzina

Tanzania przywitała go z otwartymi ramionami. Wszędzie biegały dzieci, które chciały się uczyć i słuchać o Bogu. Byli tam ludzie dorośli o wielkich sercach, którzy swoim życiem pokazywali, jak Bóg jest obecny w ich trudnej codzienności, tak innej od polskiej (przy tej z Afryki ta wydawała się luksusem). Po roku nowicjatu o. Paweł został skierowany na staż do Zambii, do małej parafii, w której pracowali ojcowie biali. – Nikt nie patrzył na to, że jestem klerykiem. Razem z innymi misjonarzami pracowałem ramię w ramię. Uczyłem się języka, tradycji i kultury. Na każdym kroku urzekała mnie bliskość z ludźmi. Tworzyliśmy wielką wspólnotę, mimo że każdy pochodził z innego kraju. O to chodzi w chrześcijaństwie, że jak mówi Pismo Święte – już nie ma Żyda ani Greka, wszyscy jesteśmy braćmi. Z jednej strony w Polsce zostawia się rodzinę i znajomych, ale tam zyskuje się jeszcze większą rodzinę i większe grono przyjaciół – mówi o. Paweł.

Z Jezusem w buszu

Misje zmieniły też jego postrzeganie Kościoła. Wyjeżdżając do Afryki, myślał, że będzie tam robił dużo rzeczy dla Afrykanów. Tymczasem okazało się, że sam został dużo bardziej obdarowany. Po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy w buszu w Zambii. – Nie było tam prądu i zasięgu komórek. Ludzie żyli bardzo prosto. Odwiedzaliśmy kolejne wioski należące do naszej parafii, która wielkością zbliżona była do całej archidiecezji lubelskiej. W każdej wiosce mieszkaliśmy po parę dni wśród ludzi, jedliśmy to, co nam dali, chodziliśmy po domach. Każdy chciał nas zaprosić, nie tylko nasi parafianie, ale i inni chrześcijanie, którzy tam mieszkali, a nawet muzułmanie. Każdy chciał rozmawiać. Namacalnie realizowało się polskie powiedzenie „Gość w dom, Bóg w dom”. Dla nich nasza obecność była znakiem błogosławieństwa i nadziei. Te wioski w buszu były miejscami bardzo zacofanymi i można powiedzieć – zapomnianymi przez ludzi, a obecność misjonarzy dawała mieszkańcom poczucie, że nie są osamotnieni. Pozwalała im też mieć o sobie lepsze zdanie, niejako dodawała im wartości w ich własnych oczach – opowiada o. Paweł.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama