Nowy numer 49/2019 Archiwum

Na głębokiej wodzie

Asystowały przy cesarskim cięciu. Lekarz wydobył dziecko, które nie dawało oznak życia. Popatrzył na nie i je odłożył. Spojrzały na siebie i wiedziały, że nie mogą stać bezczynnie.

Kasia skończyła właśnie położnictwo, Asia jest po piątym roku medycyny. Ich wiedza medyczna była do tej pory bardziej teoretyczna, jednak gdy znalazły się w Tanzanii, błyskawicznie musiały przełożyć teorię na praktykę.

Żeby dostać się z Lublina do Mugany, potrzeba około 25–26 godzin. Tyle zajmuje pokonanie 10 tys. kilometrów. Czas ten obejmuje kilka przesiadek samolotowych, godziny oczekiwania na połączenie, a na koniec długą podróż samochodem. Nie zraziło to jednak Joanny Janisz i Katarzyny Wilkosz, które już po raz drugi pojechały z Lublina do Afryki, by jako wolontariuszki lubelskiej fundacji Africamed pomagać w tamtejszym szpitalu. – Afryka wciąga, a kiedy wiesz, że możesz komuś pomóc, chcesz to robić, choć na początku łatwo nie jest – mówią dziewczyny.

Asia nie chciała poprzestać na studiowaniu medycyny. Czuła, że to, co robi, może wykorzystać inaczej, znaleźć coś, co nada większy sens tym studiom. Trzy lata temu trafiła na soboty misyjne prowadzone przez siostry białe misjonarki Afryki i tak zaczęła się jej przygoda z misjami. – Zafascynował mnie temat misji. Na początku w ogóle nie przychodziło mi do głowy, że mogę brać w tym udział. W pewnym momencie przyszła jednak myśl: „Czemu nie?”, choć wyjazd wydawał mi się odległy. Krok po kroku jednak stawało się to realne i w końcu wylądowałyśmy w Tanzanii – mówi Asia.

Pierwsza reanimacja

W pierwszej chwili nie mogły uwierzyć w to, co się dzieje. Jedyne białe wśród czarnoskórych przyjmowane były z niepewnością, choć dano im także ogromny kredyt zaufania, nie zważając na to, że wówczas żadna z nich nie miała ukończonych studiów medycznych. Miały asystować przy operacjach, uczestniczyć w badaniu i diagnozowaniu pacjentów, opiekować się chorymi, podejmować decyzje dotyczące leczenia. – W pierwszej chwili byłyśmy przerażone, ale kiedy człowiek znajduje się w takiej sytuacji, działa automatycznie. To, o czym czytało się w książkach, staje przed oczyma i rusza się do działania – mówi Joanna Janisz.

Tak się stało pewnego dnia na początku pierwszego pobytu dziewczyn w Tanzanii. – Asystowałyśmy przy cesarskim cięciu. Lekarz wydobył dziecko, które nie dawało żadnych oznak życia. Przez chwilę patrzył na nie, po czym je odłożył. Zajął się matką. W całym szpitalu liczącym ponad 200 łóżek pracuje czterech lekarzy i brakuje personelu. Przez chwilę byłyśmy w szoku, że nikt nie próbuje uratować tego dziecka. Spojrzałyśmy na siebie i podjęłyśmy się reanimacji noworodka. W ułamku sekundy trzeba było przypomnieć sobie wszystko, czego uczyłyśmy się na ten temat. To była moja pierwsza w życiu reanimacja. Znałam algorytmy z książki, ale nigdy nie stosowałam ich w praktyce. Kiedy po chwili dziecko złapało oddech, miałyśmy łzy w oczach. Wierzę, że to Pan Bóg poprowadził moje ręce tak, że reanimacja zakończyła się sukcesem. Dotarło do nas, że nasza obecność tu ma sens. Dziewczynka, którą uratowałyśmy, wyszła ze swoją mamą po kilku dniach do domu – opowiadają dziewczyny.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama