Nowy numer 32/2020 Archiwum

Doświadczyliśmy Bożego miłosierdzia

Gdy odebrał telefon, usłyszał: „Gdziekolwiek jesteś, przyjeżdżaj natychmiast, twoja żona umiera”. To zmieniło całe ich życie.

Przez trzy wieczory w kościele ojców kapucynów odbywały się filmowe rekolekcje połączone ze świadectwem i adoracją Najświętszego Sakramentu. Bóg wielokrotnie działał w historii ludzkości, ale działa także tu i teraz. – To prawda, o której zdarza się nam zapominać, mimo Bożych przesłań kierowanych co jakiś czas w różnych miejscach na świecie i za pośrednictwem różnych osób. Ja sam, choć uważałem się za osobę wierzącą, nie zawsze serio traktowałem Pana Boga, aż do wydarzeń, które stały się udziałem mojej rodziny. Dlatego dziś nie mogę milczeć i nie mówić o tym, co Pan Bóg nam uczynił – mówi Benon Wylegała, inicjator Ewangelizacyjnego Ruchu Filmowego, rycerz Jana Pawła II (wspolnota dla mężczyzn), który gościł na Poczekajce w Lublinie.

Jak w czasach Jezusa

Filmowy Ruch Ewangelizacyjny działa od 30 listopada 2013 roku, kiedy to bp Tadeusz Rakoczy pobłogosławił pomysłowi pana Benona z parafii pallotyńskiej w Bielsku-Białej. Od tamtego czasu w różnych częściach Polski, dzięki życzliwości księży proboszczów, odbywają się filmowe rekolekcje.

– Kiedy Jezus głosił Dobrą Nowinę, używał obrazów, przypowieści. Myślę, że niewiele zmieniliśmy się od tamtych czasów. Obraz po prostu do nas łatwiej przemawia. Stąd pomysł FRE – mówi B. Wylegała.

Zachęcając do udziału w filmowych spotkaniach, podzielił się świadectwem łaski, jaką otrzymała jego rodzina. − Pochodzę z Bielska-Białej, mam żonę Elżbietę i troje dzieci. Kiedy po 2004 roku otworzyła się dla nas Polaków możliwość pracy za granicą, i ja postanowiłem z tego skorzystać. U nas były kłopoty z pracą, a obczyzna wydawała się dawać nowe możliwości – zaczyna opowieść Benon.

Wezwany z daleka

Wyjechał do Szkocji, by tam pracować. Wszystkie zarobione pieniądze wysyłał rodzinie. Tak było i wtedy. − Zostawiłem sobie 20 funtów, a w baku mojego samochodu było kilkanaście litrów benzyny. Nie był to problem, bo pracując, zarabiałem. Wtedy jednak zacząłem od znajomych otrzymywać SMS-y, które zapewniały mnie o modlitwie za moją żonę. Zrozumiałem z nich, że Ela jest w szpitalu. Do domu nie mogłem się dodzwonić, ale w końcu dodzwoniłem się do naszej znajomej lekarki. Kiedy mnie usłyszała, powiedziała: „Gdziekolwiek jesteś, przyjeżdżaj do domu, twoja żona jest umierająca”. Bez zastanowienia wsiadłem do samochodu i ruszyłem do Polski. Do dziś nie wiem, jak dojechałem do domu, mając 20 funtów i kilkanaście litrów paliwa – wspomina Benon.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama