Nowy numer 44/2020 Archiwum

Pan działa przez ludzi

− Ile razy Bóg wstąpi do serca waszego, to stanie się jaśniej i smutek się rozwieje − mówił założyciel służebniczek, które idąc za tą radą, pracują w Lublinie od 35 lat, w Polsce zaś od 170.

Czasy były trudne. Ludzie umierali, pozbawieni leków i opieki. Z każdego kąta słychać było płacz. Liczba sierot, jaka została po przejściu epidemii tyfusu, była zatrważająca. Co robić? Jak ratować te dzieci? Jak zapewnić im opiekę i przyszłość?

Te pytania nie dawały spokoju Edmundowi Bojanowskiemu. Sam jeden chodził od chałupy do chałupy, ze wszystkich sił próbując przynieść ulgę chorym i pocieszać sieroty. Codziennie klękał i modlił się, notując wołanie w swoim dzienniku: „Ojcze Niebieski! Co nas w zaraniu życia spuściłeś z łona swojego na świat, jako ogród wielki, usłysz wołanie nasze. Stwórco nasz, prowadź nas głosem Twoim”.

To właśnie modlitwa i całkowite zawierzenie Bogu poprzez Maryję pozwalały mu realizować dzieła, które na ziemiach polskich pod zaborami przynosiły ratunek potrzebującym. – Epidemia cholery była bezpośrednią przyczyną założenia domu dla sierot w Gostyniu, o którego prowadzenie poprosił siostry szarytki. Edmund wiedział jednak, że nie tylko te dzieci potrzebują opieki, że potrzeba na co dzień zajęć dla wiejskich maluchów pozostawionych samym sobie – rodzice musieli iść na cały dzień do pracy w pole. Słysząc o coraz to nowych nieszczęściach, jakie spotykały dzieci bez opieki, i obserwując życie na wsi, czuł, że trzeba działać – opowiada s. Maria Loyola Opiela, służebniczka Najświętszej Maryi Panny.

Cudownie ocalony

Przynaglenie do niesienia pomocy innym, jakie odczuwał Edmund, wiązało się z jego wychowaniem i osobistym doświadczeniem wiary. Urodzony w 1814 roku chłopiec był od początku słabego zdrowia. Gdy miał cztery lata, zachorował tak poważnie, że lekarz powiedział zrozpaczonym rodzicom, by szykowali się na jego śmierć. Wówczas matka Edmunda powierzyła syna Matce Bożej. Ku zdumieniu wszystkich po tej modlitwie chłopiec odzyskał przytomność i jakby obudzony z głębokiego snu, wrócił do pełni sił. Wotum wdzięczności za uzdrowienie Edmunda rodzice zawiesili w kościele Matki Bożej w Gostyniu, składając świadectwo otrzymanej łaski. – Cała rodzina Bojanowskich była głęboko wierząca. Jak większość polskiego ziemiaństwa w tamtych czasach w wierze i edukacji upatrywali szansę na zachowanie polskości i wyzwolenie narodu. To dwie cechy charakteryzujące całe życie Bojanowskiego – podkreśla s. Maria.

Edmund otrzymał wykształcenie w domu. Interesował się szczególnie literaturą i historią. Fascynowały go życiorysy wielkich Polaków, o których wiele czytał. Podejmował też pierwsze próby pisarskie. W 1832 roku – jako 18-letni młodzieniec – Edmund wyjechał do Wrocławia, aby uczyć się na tamtejszym uniwersytecie. W tym czasie zmarła jego matka, a niewiele później odszedł ojciec. Po śmierci rodziców odbył podróż przez Drezno i Lipsk do Berlina, gdzie zapisał się na wydział filozoficzny tamtejszego uniwersytetu. Największą jego pasją stała się wówczas literatura: pisał między innymi artykuły o polskich zabytkach, tłumaczył wiersze, pieśni serbskie i czeskie. Niestety, gruźlica zmusiła go do przerwania studiów. Wrócił do rodzinnego Grabonoga i zamieszkał u swego przyrodniego brata Teofila Wilkońskiego, który po śmierci rodziców był jego najbliższym krewnym.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama