Nowy numer 32/2020 Archiwum

Człowiek wszechstronny

Historia jego życia wystarczyłaby na obdzielenie nią przynajmniej kilku osób. Najstarszy kapłan archidiecezji lubelskiej nie oddałby jednak ani kawałka.

Walczył w oddziałach AK. Brał udział w akcji „Burza”. Pracował jako protetyk. Jego duchowym opiekunem był ks. kard. Adam Sapieha, a kolegą Karol Wojtyła. Po święceniach kapłańskich stał się filozofem, specjalistą od migania, pedagogiem. W swoim życiu doświadczył też wyjątkowej łaski uzdrowienia za wstawiennictwem św. o. Pio.

Ksiądz Zbigniew Staszkiewicz jest najstarszym kapłanem archidiecezji lubelskiej. 11 października skończy 96 lat. 25 czerwca świętował jubileusz 70-lecia kapłaństwa. Wesoły, dowcipny, z zawadiackim uśmiechem, z orderem Polonia Restituta przypiętym do sutanny. Choć dziś już z powodu choroby niesprawny, ciągle otoczony przyjaciółmi. − Moje życie toczy się wokół tego stołu i łóżka − mówi bez cienia żalu. − Nie mam jakiegoś szczególnego patentu na długie życie. Trzeba się po prostu ze wszystkim pokornie godzić − stwierdza żartobliwie.

Na ścianach mieszkania ks. Zbigniewa wiszą zdjęcia. − To moja rodzina − wyjaśnia. − Mama, tata, brat, siostra − wylicza. − My pochodzimy z Łotwy, ale jesteśmy Polakami − zaznacza. − Gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, rodzice postanowili przenieść się do Polski. Zamieszkali w Kowlu na Wołyniu. Ja się już tam właśnie urodziłem.

Kapłaństwo, wojsko czy medycyna?

Młody Zbyszek jako uczeń ukraińskiej szkoły średniej był jednym z najlepszych. − Uczyłem się dobrze. Być może dlatego bardzo namawiano mnie, bym wstąpił do Komsomołu − opowiada. − W tej szkole uczono tzw. historii religii. To oczywiście był przedmiot antyreligijny. Moja rodzina była bardzo związana z Kościołem, ja sam byłem ministrantem, jednak na skutek tej szkolnej indoktrynacji zacząłem mieć wątpliwości. Walczyłem z tymi myślami i pamiętam, jak poszedłem do mojego proboszcza i wszystko mu opowiedziałem. On dał mi wtedy dwa tomy dogmatyki katolickiej. Jak sobie to wszystko przestudiowałem, to doznałem prawdziwego olśnienia. Wtedy po raz pierwszy przyszła myśl o byciu kapłanem. Chciałem ludziom tłumaczyć Ewangelię, przyprowadzać ich do Boga.

Życie Zbyszka potoczyło się jednak inaczej. W sierpniu 1942 roku wstąpił do AK i pod pseudonimem „Jan” został łącznikiem bezpośrednio podległym komendantowi inspektoratu Kowel mjr. Janowi Szatowskiemu „Kowalowi”. Zajmował się przerzutem broni, lekarstw, środków opatrunkowych i innego wyposażenia dla konspiracji i oddziałów partyzanckich, które wchodziły w skład 27. WDP AK. − W pewnym momencie okazało się, że otrzymałem nakaz deportacji przymusowej − wspomina. − W chwili, gdy byłem wyczytywany, jeden z Niemców podszedł i stwierdził, że jestem potrzebny w niemieckiej klinice dentystycznej. Oniemiałem z wrażenia. To był jakiś znajomy mojej rodziny. Dzięki niemu trafiłem do niemieckiej kliniki.

Zbyszek nie zrezygnował z działalności konspiracyjnej. Miał dostęp do apteki, z której lekarstwa ratowały zdrowie i życie partyzantów. W jego mieszkaniu mieścił się punkt kontaktowy i przerzutowy, odbywały się spotkania członków sztabu z komendantem inspektoratu i zgrupowania „Gromada”, byli tam też przechowywani i leczeni ranni partyzanci. − Przyszedł jednak moment oblężenia Kowla i trafiłem do transportu, który miał dowieźć więźniów na Majdanek.

Chłopakowi udało się jednak uciec w nocy z pociągu. − Przedostałem się w kierunku Krakowa. Dzięki temu, że świetnie znałem ukraiński, podawałem się za Ukraińca − niemieccy żołnierze puszczali mnie wolno.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama