Nowy numer 48/2020 Archiwum

Przeciw kłamstwu

Lato 1980 roku było pochmurne i deszczowe, ale nastroje społeczne w kraju bardzo gorące. A wszystko zaczęło się 8 lipca w Świdniku.

Ludzie przyszli do pracy w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL Świdnik jak zwykle, stanęli na swoich stanowiskach, dyskutując o podanych dzień wcześniej w telewizji informacjach. Miała zdrożeć żywność, ale podwyżki, jak zapewniano, nie miały dotyczyć żywienia zbiorowego, w tym stołówek zakładowych. Kiedy więc robotnicy zorientowali się, że kotlet schabowy zdrożał z 10,20 zł na 18,10 zł, wpadli w złość, tym bardziej że od dawna uskarżali się na „podłe żarcie” i ciągłe podwyżki. Jeden z nich, Mirosław Kaczan, wezwał robotników do strajku na Wydziale W-320. Wystarczyło, że głośno krzyknął: – Chłopaki, nie robimy! Stanęła cała hala, a niedługo potem cały zakład, i wysunięto żądania.

Mieliśmy dość

– Postulaty były różne, ekonomiczne też, ale nie chodziło o kotlet (…), bo ten staniał w ciągu dwóch godzin, a prezes GS, który teoretycznie odpowiadał za ceny, został odwołany. Chodziło nam o głębsze zmiany i konkretne wartości, co niełatwo było nam wyrazić, mając w pamięci, jak Sowieci obchodzili się z żołnierzami AK czy obrońcami katolickich wartości. Niełatwo było zorganizować komitet strajkowy, bo każdy chciał przeżyć, a jednak ludzie podjęli ryzyko – mówi Marian Król z lubelskiej Solidarności.

Uczestnicy tamtych wydarzeń podkreślają, że to był strajk przeciw kłamstwu, którym próbowano karmić ludzi od dawna. – Mieliśmy dość. Każdy z nas widział, jakie są dysproporcje między zwykłymi ludźmi a tymi partyjnymi. Trudno było nam utrzymać rodziny i ciągle byliśmy narażani na różne szykany. Nie dało się tego wytrzymać – wspominają związkowcy ze Świdnika.

Od Świdnika rozpoczęła się fala strajków na Lubelszczyźnie, określana mianem „lubelskiego lipca”. W WSK Świdnik utworzono komitet strajkowy. Urszula Radek była jedną z dwóch kobiet reprezentujących wszystkich pracowników WSK Świdnik w rozmowach z dyrekcją zakładu.

– Nie mieliśmy żadnych doradców, którzy pouczyliby nas, jak mamy rozmawiać, a mimo wszystko była w nas odwaga i przekonanie, że nie odstąpimy od strajku, dopóki nie wywalczymy na piśmie obietnic poprawy naszego losu. Nie podejmowaliśmy żadnych postulatów politycznych, bo nie wiedzieliśmy, jak to zrobić, ale chcieliśmy podwyżki płac, tak byśmy mogli utrzymać nasze rodziny, i zmian społecznych. Nie zamierzaliśmy też wychodzić na ulice, mając w pamięci choćby wydarzenia z Poznania. Zostaliśmy w zakładzie pracy i postanowiliśmy go nie opuszczać do chwili zakończenia strajku. Tym samym osiągnęliśmy po czterech dniach porozumienie, o jakim wcześniej się nam nie śniło – mówiła w Świdniku podczas otwarcia wystawy poświęconej strajkom z 1980 roku Urszula Radek.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama