Nowy numer 3/2021 Archiwum

Godnie pochowaliśmy naszą córeczkę

Upragniona ciąża, wielka radość, wszystko przebiega książkowo i nagle jeden moment i wali się świat. Przejść przez to pomogło nam hospicjum perinatalne. Świadectwo rodziców.

Ania i Paweł Górscy byli najszczęśliwsi na świeci, gdy dowiedzieli się o ciąży. Wszystko przebiegało książkowo.

– Miałam niezłe samopoczucie, znikome mdłości, świetne wyniki badań. I nagle 12 tydzień ciąży – USG. Serduszko bije, dziecko macha rączkami. Ale coś jest nie tak. Lekarka nie chce mówić, zasłania się tym, że dziecko jest źle ułożone. Zaprasza na badanie nazajutrz – opowiada swoją historię pani Anna. Drugiego dnia lekarzy przy badaniu jest dwóch. Szepczą między sobą, wymieniają nazwy, które nic Annie i Pawłowi nie mówią. Wreszcie odwracają monitor w stronę pani Anny i mówią, że u płodu nie rozwinęła się cała przednia połowa mózgu. Powinien być taki motyl, a nie ma. Faktycznie jest pustka z przodu czaszki. Zaczyna się wyliczanie: brak kości nosowej, obrzmienie nerek, nieprawidłowa budowa stóp.

– Płód ma poważne wady, jest duża szansa, że obumrze, a jeśli się urodzi będą same problemy – słyszą rodzice.

W pierwszej chwili nie dociera do nich to, co słyszą. Potem zaczyna się wielki płacz, rozpacz, niedowierzanie.

– Robię kolejne USG, które potwierdza wady i słyszę znowu, żeby pozbyć się kłopotu. Zewsząd dobre rady za i przeciw. Pytanie czego chcemy? Spokojnie żyć? Tak, ale to już niemożliwe. Najłatwiej usunąć, ale jak, skoro słyszałam bicie serca i widziałam jak moje dziecko macha rączkami. Coś mi tu nie pasuje. To nasze dziecko, nie płód czy fasolka, tylko wyczekane i już kochane dziecko! Rety, co robić? Całe noce przegadane. W końcu trafiamy do hospicjum perinatalnego. Chcemy porozmawiać. Słyszymy wtedy: „Możecie posłuchać lekarzy i zakończyć ciążę. Tylko, co to zakończy, a co zacznie dla was? Jeśli zdecydujecie się zachować ciążę, liczcie się z tym, że będzie ciężko. Zobaczcie jak bardzo, możecie u nas poznać rodziny z chorymi dziećmi. My damy wam wszelkie wsparcie, sprzęt, lekarzy, pomoc materialną, duchową, psychologiczną, ale to będzie wasz Mount Everest”. Ta rozmowa pomogła nam uporządkować myśli niczego nie sugerując. Postanawiamy przyjąć to, co jest i co będzie. Nawet jeśli dziecko pożyje tylko chwilę, będziemy mogli je przytulić, pogłaskać. Godzimy się na dziecko. Ogarnia nas wielki spokój – opowiada Anna.

Dwa tygodnie później tracą maleństwo. Dochodzi do poronienia.

– Dzięki hospicjum w tak krótkim czasie zdołaliśmy się przygotować na różne scenariusze. Śmierć przyjmujemy ze spokojem. Decydujemy się zarejestrować i pochować dziecko, do czego mamy prawo. Zaczyna się ganianie po różnych instytucjach. W końcu się udaje. Pożegnaliśmy naszą maleńką, ale z  godnością tak, jak chcieliśmy. Czujemy spokój i pewność, że zrobiliśmy to, co należało. Chcieliśmy tylko zostać rodzicami, a przy okazji zostaliśmy himalaistami dumnymi z tego, że pokonaliśmy nasz własny Mount Everest. I wiecie co, to daje niesamowitą siłę i satysfakcję, mimo wszystko! Teraz mamy swojego człowieka w niebie – mówią Anna i Paweł Górscy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama