Nowy numer 48/2020 Archiwum

Co robi misjonarz na misjach?

Brat Kamil Sochacki do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów Prowincji Warszawskiej wstąpił w 2007 roku, w 2015 roku przyjął święcenia prezbiteratu, a obecnie jest misjonarzem w Gabonie. O tym, co tam robi napisał na kapucyńskim profilu duszpasterstwa powołań.

„Jestem misjonarzem z dwuletnim stażem” – takim oto prostym częstochowskim rymem rozpoczynam sobie te kilka zdań refleksji i dzielenia. Po pierwszych dwóch latach na misjach, przyjechałem do Polski na urlop. Wrażenie? Pomimo covida – bardzo pozytywne. Dobrze jest przyjechać na chwilę i potwierdzić sobie, że „jestem stąd”, i że „lubię wracać do siebie”. Do tego stopnia docenia się taką zmianę otoczenia, że stwierdza się, że nawet słońce „cieplej” świeci, powietrze jest bardziej „oddechliwe”, a wiatr bardziej rześki. To tak pół żartem – pół serio: z przymrużeniem oka.

Przez ostatnie 1,5 roku mojej pracy misyjnej angażowałem się szczególnie w naszą kapucyńską powołaniówkę oraz w to, co w szeroki sposób jest z nią związane, czyli pracę z młodzieżą. Przebiegała ona regularnie, swoim jednostajnym – czasem tylko jednostajnie przyspieszonym – rytmem. Zaangażowania były dość zróżnicowane: począwszy od indywidualnych rozmów, animowania wspólnoty aspirantów, rekolekcji oraz dni skupienia, wspominając także robienie podcastów mających na celu zwrócenie powszechnej uwagi (halo: my tu jesteśmy!), a skończywszy na lekcjach angielskiego i udzielaniu różnego rodzaju pomocy, którą możemy sobie wyobrazić jako część typowej działalności misyjnej. I tak! Jest dobrze!

Po powrocie do Afryki miałem chwilę na dokończenie malowania naszego chóru zakonnego w Cocobeach i zbieranie reszty swoich rzeczy, które razem ze mną wyruszały do Ntoum. Jest to dość spore – jak na miejscowe warunki – miasto, w którym od 9 listopada uruchomiliśmy nasz postulat. Około rok – dziękować Bogu – okazało się, że będzie co uruchamiać, a moja radość przybrała jeszcze większe rozmiary, gdy zobaczyłem przed drzwiami naszego domu wszystkich, którzy deklarowali chęć wstąpienia do kapucynów. Tak – cała szóstka przyszła. Akurat robiłem obiad – i było dla kogo. Przed rozpoczęciem postulatu byli aspirantami: spotykaliśmy się regularnie praktycznie co kilka tygodni i dzięki temu mogłem ich lepiej poznać – zarówno ja, jak i moi bracia, którzy towarzyszyli im w ich szkolno-rodzinnej codzienności. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie postawione na początku akapitu: trzeba być poznanym przez braci. Afryka jest kontynentem tak bogatym, a zarazem tak zasadniczo różnym od tego, co możemy sobie wyobrazić, że jest to warunek podstawowy (nie należy przy tym zapominać, że integralną treściowo częścią słowa „poznać” jest „zrozumieć”).

Oczekiwania?

Tak: są. I są duże, podobnie jak nadzieje: że na końcu tej drogi okażą się dobrymi i odpowiedzialnymi ludźmi, że w pełnej wolności będą podejmowali decyzję o swoim powołaniu, że będą potrafili zawalczyć o Ewangelię, że stawią czoła temu, co w nich samych jest trudne, a z pomocą łaski Bożej w ostateczności okaże się, że nie są pozostawieni sami sobie w tej konfrontacji. Od niedawna zostałem ich wychowawcą, czyli kimś, kto swoim życiem pokazuje „jak to się robi”, „jak się jest kapucynem, kapłanem, mniejszym, bratem…” Na miarę moich sił i możliwości chcę im w tym pomóc: jestem-słucham-obserwuję-reaguję. Jest to klucz podobny do tego, którym Chrystus otwiera drzwi mojego własnego serca, więc ufam że i w tym wypadku nie-moje drzwi też zostaną otwarte.

Tau, symbol ten, służący w księdze Ezechiela jako pieczęć do oznaczenia tych, którzy mają uniknąć śmierci, był sposobem na podpis św. Franciszka z Asyżu. 17 listopada, w święto św. Elżbiety Węgierskiej, miało u nas miejsce tzw. „taukowanie” – obrzęd przyjęcia przez kandydatów do Zakonu tego właśnie znaku. Ukryte przesłanie, podsumowujące to co powyżej: krzyż jest tożsamością tych, którzy zobaczyli w swoim sercu serce Franciszka. A Elżbieta? Była kobietą niezwykle odważną, łamiącą konwenanse w imię Ewangelii oraz naśladowczynią ww. Biedaczyny z Asyżu. Bardzo przeżyłem to wydarzenie, kiedy właśnie w dzień poświęcony tej „matce ubogich” – jak nazywano Elżbietę, będąc na co dzień otoczonym ubogimi Afrykańczykami, głosiłem Chrystusa ukrzyżowanego tym, którzy chcą rozpocząć nowe życie… Pisząc to, uśmiecham się sam do siebie, bo Bóg którego poznaję od kilkunastu lat nie przestaje zadziwiać mnie swoimi paradoksami! Jestem wdzięczny!"

Kolejną osobą przygotowującą się na wyjazd na misje do Gabonu jest br. SEBASTIAN PIASEK, którego przygotowania do wyjazdu można wesprzeć: https://zrzutka.pl/misja-gabon-wysylamy-brata-na-koniec-swiata

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama