Nowy numer 23/2021 Archiwum

Jego celem było niebo. Odszedł Tomasz Białopiotrowicz

Mąż Bożeny, ojciec siedmiorga dzieci, ale także niestrudzony ewangelizator, członek Domowego Kościoła zawsze gotowy do dawania świadectwa.

Małżeństwo Tomka i Bożenki błogosławił ks. Wojciech Danielski. Małżonkowie formowali się w Domowym Kościele Ruchu Światło–Życie, w Rejonie św. Andrzeja Boboli II. Tomek wraz z Bożenką pełnili posługę pary rejonowej, a w latach 2009–2012 posługę pary diecezjalnej. Byli również odpowiedzialni za Diakonię Oaz Rekolekcyjnych. Wielokrotnie posługiwali jako para prowadząca wakacyjne Oazy Rodzin, ORAR-y, rekolekcje tematyczne, także w innych diecezjach.

Tomasz od wielu lat pełnił posługę nadzwyczajnego szafarza komunii świętej, był wyśmienitym mówcą, miał ogromny zasób wiedzy o Ruchu Światło–Życie, zwłaszcza gałęzi rodzinnej – Domowym Kościele. Wraz z Bożenką publikowali m.in. w czasopismach: „Wieczernik”, „Domowy Kościół. List do wspólnot rodzinnych”.

Na początku tego roku mówił świadectwo w parafii Trójcy Świętej w Lublinie. Stanął wtedy przed zgromadzonymi w kościele, obok swojej żony Bożenki, i opowiedział o ich dorastaniu do wiary. Mówił wówczas:

– Jesteśmy w Domowym Kościele od 40 lat i wielokrotnie doświadczaliśmy, jak trwanie we wspólnocie i kroczenie drogą wskazaną nam przez założyciela pomaga nam budować jedność w naszej rodzinie i pokonywać trudności, od jakich przecież nikt nie jest wolny.

Byli od dwóch lat małżeństwem, kiedy zostali zaproszeni do Domowego Kościoła. Postanowili spróbować i zobaczyć, co to jest.

– Comiesięczne spotkania w gronie ludzi, którzy myśleli podobnie, ale przede wszystkim wskazówki, które nam jako małżeństwu pozwalały budować głębszą relację, okazały się tym, czego potrzebowaliśmy, by zwyczajnie łatwiej było nam się kochać i wychowywać dzieci – mówili małżonkowie. Przyznali też, że nie od razu wszystko im wychodziło.

– Kiedy usłyszałem, że mam coś oddać Jezusowi, by On kierował moim życiem, nie byłem zadowolony. Jako facet chciałem robić wszystko sam, ale gdy zrozumiałem, że w tej relacji niczego nie tracę, a wręcz przeciwnie, umacniam się w byciu mężem i ojcem, a przy okazji mam oparcie w kimś, kto mnie kocha, jest moim Panem i Zbawicielem, ogarnęła mnie wielka radość – mówił Tomasz.

Małżonkowie podkreślali, że lata formacji w Domowym Kościele zmieniały ich i pozwalały przetrwać różne burze, których nie brakowało.

− Domowy Kościół to nie tylko teoria, co robić i jak żyć, byśmy razem trafili do nieba, ale i pomoc w bardzo konkretnych sytuacjach. Podam jeden przykład. Kiedy nasza córka miała kilkanaście lat, przeżywała wielki bunt skierowany przeciw nam, zasadom i wierze. Któregoś razu doszło między nami do bardzo ostrej wymiany zdań, a ja w gniewie powiedziałem wiele przykrych słów. Skończyło się tym, że córka trzasnęła drzwiami i zamknęła się w swoim pokoju. Byłem roztrzęsiony i nie wiedziałem, co mam zrobić, by dotrzeć do niej. Zacząłem wołać do Boga i prosić o pomoc. Uklęknąłem przed krzyżem w naszym domu, oparłem o niego głowę i pytałem: „Co teraz?”. Nagle przyszła mi myśl: „Idź i przeproś”. Pomyślałem: „Za co? To moje dziecko nie ma racji, a nie ja”, ale myśl się powtarzała. Spojrzałem na krzyż, wstałem z kolan i poszedłem do pokoju córki. Powiedziałem jej, że bardzo ją przepraszam. Na to ona z płaczem rzuciła mi się na szyję i powiedziała, że bardzo mnie kocha. Mogliśmy od nowa szukać dróg porozumienia. Gdyby nie wiara, na pewno nie byłoby mnie stać na taki gest – przyznał Tomasz.

To wiara do końca go prowadziła. W ostatniej walce, jaką musiał stoczyć z koronawirusem, towarzyszyło mu w modlitwie wiele osób. 9 grudnia o 4.00 nad ranem Pan wezwał go do siebie. Faktem stały się słowa, które często powtarzał: Moim celem jest niebo.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama