Nowy numer 38/2021 Archiwum

Po łaski do Płaczącej

Wszystko zaczęło się w gorącą lipcową niedzielę 1949 roku. Na obrazie Matki Bożej w katedrze pojawiły się łzy. Od tamtej pory nie ma dnia, by ktoś nie prosił tu Maryi o pomoc.

Choć od wydarzeń zwanych cudem lubelskim minęło ponad 70 lat, co roku 3 lipca, czyli w dzień, gdy pojawiły się łzy, pod katedrą gromadzą się tłumy, by modlić się za wstawiennictwem Matki Bożej Płaczącej.

– Upływ czasu nie sprawił, że zapomnieli o wydarzeniach w katedrze. Każdego dnia przed cudownym obrazem modlą się ludzie. Szczególne łaski, jakich udziela Matka Boża, często zostają w sercach tych, którzy je otrzymali, nie brakuje jednak świadectw złożonych na ręce kapłana i tabliczek z podziękowaniami, których przez lata uzbierała się pokaźna kolekcja – mówi ks. Adam Lewandowski, proboszcz katedry lubelskiej.

Łzy na obrazie

Samo wydarzenie przypadło na czas szczególnie trudny dla Polski, która po II wojnie światowej nie cieszyła się wcale wolnością, a walka władz z Kościołem stała się chlebem powszednim. Nie było to indywidualne objawienie się Maryi jednej osobie, ale zjawisko widoczne dla każdego, kto spojrzał na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej znajdujący się w nawie lubelskiej katedry. Łzy widoczne były przez wiele dni, a do dziś na obrazie pozostał po nich ślad.

Do Lublina zaczęły ściągać pielgrzymki nie tylko z okolic, ale i z różnych stron Polski. Mimo zakazu władz i represji grożących tym, którzy przyznawali się do wiary w cud, ludzie czekali w wielogodzinnych kolejkach, by dostać się przed obraz. Wielu doświadczało uzdrowienia, nawrócenia. Jednym ze świadectw z tamtych czasów jest relacja ks. Frankowskiego, który wówczas pracował w katedrze. Wspominał on wtedy: „(…) zmuszony byłem do spowiadania początkowo wbrew mej woli. Nie byłem z powodu wyczerpania i braku czasu zdolny do spowiadania, bo musiałem otwierać kancelarię do urzędowania chociaż na dwie godziny dziennie (…). Do zakrystii przychodzili różni ludzie, najczęściej inteligenci, którzy prosili o spowiedź. Początkowo odmawiałem, motywując brakiem czasu. (…) Kiedy wymawiałem się, z konieczności, od spowiadania, głośno oświadczali: nie byłem u spowiedzi/nie spowiadałem się od kilku – wielu lat, podając czasem liczby: 8, 10, 12, 15, 20, 30 i więcej, a nawet jeden wypadek – ponad 50 lat. Po takich oświadczeniach już bez sprzeciwu siadałem w konfesjonale. Przy tych głośnych wynurzeniach najczęściej podawano motyw spowiedzi jako niewytłumaczalną przed samym sobą zmianę. Zawsze: »Nie przyjechałem tu z zamiarem spowiedzi« (…); »Nie wiem, co się ze mną stało, muszę się wyspowiadać«”. To poruszenie sumień było niesamowite nawet dla księży: „Trudno to wytłumaczyć jakąś psychozą. Było to specjalne działanie łaski Bożej. A działała ona niespodziewanie i obficie”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama