Nowy numer 29/2021 Archiwum

Z modlitwą przez kapłańskie życie

Każdy dzień jest staraniem o dusze. Żadne wielkie sprawy, wspaniałe mury czy figury nie mogą przysłonić człowieka, któremu my, kapłani, niesiemy Chrystusa - podkreśla ks. Tadeusz Nowak.

Jako nauczyciel dostał przydział do pracy w szkole w Radzyniu, ale wiedział, że już tam się nie stawi, bo od października miejscem jego życia stanie się seminarium w Lublinie. Tam jako kleryk pierwszego roku zapisał się do chóru. Oznaczało to, że nie pojedzie do domu na święta, bo chór śpiewał podczas uroczystości w katedrze. – Płakać mi się chciało. W ciemnej katedrze wydawało mi się tak ponuro. Myślałem, że w domu kiełbasy pachną, wszyscy się zbierają przy stole, cieszą, a ja tu sam. Czy to jest moje miejsce? – zadawał sobie pytanie.

Schodząc z chóru zobaczył klęczącego mężczyznę pogrążonego w głębokiej modlitwie. Ku swemu zdumieniu, rozpoznał w nim nauczyciela z liceum, który wśród uczniów uchodził za ateistę. Zdał sobie sprawę, że musiał on taki kawał przyjechać z Zamościa do katedry w Lublinie, żeby nierozpoznany mógł uczestniczyć w Triduum. – Pomyślałem wtedy, że skoro on tak wiele robi, by być bliżej Pana Boga, to ja nie mogę marudzić. Zły nastrój prysnął w jednej chwili, a ja dziękowałem za wiarę i powołanie – wspomina ks. Nowak. Od tego momentu nie wątpił nigdy w to, że chce zostać kapłanem.

Po święceniach został skierowany do pracy do Kazimierzówki. Był to kościół, który obsługiwał cały Świdnik.

– Warunki życia wówczas były trudne. Do zamieszkania dostałem pokoik 3x4 metra, bez wody ani żadnych wygód. Z drewnianego krzesła wybiłem denko, wstawiłem miednicę i miałem umywalkę. W kącie stała koza, którą zimą miałem ogrzewać pomieszczenie. Były jeszcze wakacje, więc za wiele pracy nie miałem. Wychodzę wieczorem przed kościół, a tu cicho, głucho, samochody tylko na Zamość jadą, a ja stoję i serce mi się do domy wyrywa. Zobaczył to proboszcz i mówi mi: „Jedź”. Ja jak na skrzydłach, złapałem jakiś ciężarowy samochód i ruszyłem. Gdy nadszedł początek września i trzeba było katechizować całą młodzież ze Świdnika, o tęsknocie nie było mowy. Od rana do nocy wśród ludzi, z jednej katechezy na drugą, spowiedź, Msza św. Gdy do tego doszła kolęda, czasem wracałem ok. 23.00 do domu i nie miałem nawet siły się rozebrać. Zawijałem się w kożuch i zasypiałem w zimnym jak kamień pokoju – wspomina ks. Tadeusz.

Potem przyszły kolejne lata pracy i parafie. Kiedy władze komunistyczne pozwoliły wreszcie na budowę kolejnego kościoła w Świdniku, ks. Tadeusz pracował w Modliborzycach. To wtedy dostał propozycję, by przyjść do Świdnika i zająć się budową nowej świątyni, mieszkając na razie w parafii NMP Matki Kościoła.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama