Nowy numer 47/2021 Archiwum

Lubił słuchać piosenek

Najpierw połączyła ich miłość do Boga, potem wspólna praca na rzecz potrzebujących i troska o zbawienie ludzi. W końcu oboje zostali wyniesieni na ołtarze. Prymas Tysiąclecia i założycielka dzieła Lasek mają też związki z Lubelszczyzną.

Kiedy na początku XX wieku matka Elżbieta Róża Czacka dostała w spadku od swej krewnej Jadwigi Poletyło majątek w Żułowie, stał się on zapleczem, z którego plonów korzystać miało Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. – Dziś Żułów leży na uboczu, na skraju Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego, a sto lat temu to ubocze było jeszcze większe. Z dala od głównych szlaków, otoczony polami i lasami, z jednym domem zarządcy i kilkoma zabudowaniami folwarcznymi, był niemal pustkowiem.

Uprawne pola i sady, jakie należały do majątku, wydawały plony zasilające potrzeby podopiecznych Matki w Laskach – opowiada s. Benedykta Bartnik ze zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, założonego przez Elżbietę Różę Czacką, by służyć osobom niewidomym. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to odosobnione miejsce stanie się schronieniem dla potrzebujących i przyjmie pod swój dach późniejszego prymasa i błogosławionego ks. Stefana Wyszyńskiego.

Wojenna zawierucha

– Losy matki i kard. Wyszyńskiego splotły się przed wojną za pośrednictwem ks. Władysława Korniłowicza, który był kierownikiem duchowym zgromadzenia i angażował się w dzieło matki Czackiej, zostając członkiem Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Ksiądz Korniłowicz był też ojcem duchowym ks. Stefana Wyszyńskiego, którego w 1926 roku pierwszy raz przywiózł do Lasek. Tak zaczęła się znajomość matki i późniejszego prymasa, a że łączyła ich wspólna myśl służenia Bogu poprzez ludzi, nić porozumienia między nimi nawiązała się szybko i trwale – opowiada s. Benedykta. Kiedy wybuchła II wojna światowa i front zbliżał się do Warszawy, dowództwo Wojska Polskiego zarządziło, że trzeba ewakuować Laski. To wówczas majątek w Żułowie, który mógł wydawać się końcem świata, stał się miejscem schronienia dla ociemniałych, opiekujących się nimi sióstr i ks. Korniłowicza. Tak więc na początku września w dwóch grupach mieszkańcy Lasek udali się na Wschód. – Trzeba zdać sobie sprawę, jak wówczas sytuacja w Żułowie wyglądała. Stał tu jeden niezbyt duży dom zarządcy i było kilka czworaków, w których zamieszkiwali ze swymi rodzinami pracownicy majątku. Nikt się spodziewał, że to miejsce musi pomieścić 150 osób – opowiada franciszkanka.

Najpierw Kozłówka

Czworaki nie wchodziły w rachubę, bo nikt nie miał zamiaru eksmitować mieszkańców, pozostał więc dom zarządcy zwany pałacem, bo jako jedyny w okolicy nie był kryty strzechą. Był to w rzeczywistości niewielki dom parterowy z wysokim podpiwniczeniem ze względu na skarpę, na której był zbudowany. Każdy skrawek został zajęty przez dziewczęta z Lasek i siostry. W dzień pomieszczenia służyły za jadalnię, pokoje nauki i pracy, w nocy podłoga zmieniała się w wielką sypialnię. Ciasnota była niesamowita, do tego dochodził chłód zimą, szczególnie na strychu, który został zajęty na potrzeby mieszkańców, i upał latem. – By jakoś poprawić warunki mieszkańców, jedna z sióstr szukała możliwości ulokowania części podopiecznych w innym miejscu. Po rozmowie z hrabią Zamoyskim uzyskała zgodę, by część osób zamieszkała w Kozłówce, potrzebny był jednak opiekun duchowy, który mógłby przyjechać z siostrami do Kozłówki. To wówczas matka Czacka pomyślała o ks. Wyszyńskim. S. Joanna dostała zadanie odnalezienia go i zapytania, czy przyjmie rolę kapelana i opiekuna niewidomych w Kozłówce. – Z zapisków pozostawionych przez s. Joannę wiemy, że odnalazła go w rodzinnych stronach, a kiedy przedstawiła prośbę matki, ks. Wyszyński zgodził się bez wahania. Siostra miała wrażenie, że jakby czekał na jakieś zadanie, które Bóg w tym czasie miał mu powierzyć. Tak w 1940 roku trafił na Lubelszczyznę do Kozłówki – opowiada s. Benedykta. W majątku Zamoyskich ukrywało się wiele znamienitych osób, a Niemcy mieli ten teren pod szczególną obserwacją. Kiedy aresztowali hrabiego Aleksandra Zamoyskiego, matka Czacka uznała, że w Kozłówce jest zbyt niebezpiecznie zarówno dla jej podopiecznych, jak i dla ks. Wyszyńskiego, i zdecydowała o powrocie wszystkich do Żułowa.

Pokoik w piwnicy

– Ksiądz Wyszyński przybył tutaj w listopadzie 1941 roku i pozostał do czerwca roku następnego. W piwnicy, pośród innych pomieszczeń, wygospodarowano dla niego maleńki pokoik, w którym mieściło się tylko łóżko i maleńki stolik. Do dziś ten pokój pozostał niezmieniony i przypomina o niezwykłym gościu w naszym domu – mówi s. Benedykta. Naprzeciw pokoju ks. Wyszyńskiego znajdowało się pomieszczenie, które zaadoptowano na kaplicę. Tutaj wspólnie z księdzem Korniłowiczem, który pozostawał w Żułowie od czasu ewakuacji Lasek, odprawiali Msze św., głosili konferencje dla mieszkanek, organizowali wykłady. – Kiedy przyjechałam do Żułowa 40 lat temu, mieszkało tu wiele pań, które pamiętały czasy wojenne i pobyt ks. Wyszyńskiego. Opowiadały, że był człowiekiem wielkiego serca i życzliwości. Uczestniczył w pracach domowych, szczególnie lubił słuchać, jak panie w kuchni sąsiadującej z jego pokojem śpiewały różne piosenki. Kiedyś jedna z sióstr upomniała podopieczne, że za głośno śpiewają i przeszkadzają księdzu profesorowi w pracy. Wówczas ks. Wyszyński poprosił, by śpiewu nie przerywać, bo on bardzo go lubi. Nieraz prosił, by zaśpiewać mu jakąś konkretną piosenkę, nieraz sam w śpiew się włączał. Do codziennej wojennej codzienności ks. Wyszyński wnosił pokój i radość poprzez swoją postawę, ale i nauczanie, którego nie zaprzestał w tych warunkach. Wszyscy słuchali go z ciekawością, a jego konferencje wlewały nadzieję w serca – podkreśla s. Benedykta.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama