GN 38/2022 Archiwum

Tu maski opadają

O nocnych rozmowach, bolących nogach i ludziach, których łączy pielgrzymowanie, mówi ks. Mirosław Ładniak, kierownik Lubelskiej Pielgrzymki Pieszej na Jasną Górę.

Agnieszka Gieroba: Pamięta Ksiądz swoją pierwszą pielgrzymkę na Jasną Górę?

Ks. Mirosław Ładniak: O tak! Tym bardziej że długo czekałem, aż będę mógł pójść. Pochodzę z Opola Lubelskiego, przez które idzie lubelska pielgrzymka, a to oznacza, że od najmłodszych lat wraz z innymi mieszkańcami miasta czekałem na pątników. To były takie czasy – każdy chciał przyjąć ich do domu na nocleg. Ja wychodziłem z mamą, by też zaprosić kogoś do nas. Z opowieści rodzinnych wiem, że już jako mały chłopiec byłem tak podekscytowany, że nie chciałem iść spać, dopóki nasi goście nie wrócili z wieczornego Apelu w kościele. Zdarzyło się, że czekając na nich, położyłem się na chwilę na przygotowanych dla nich łóżkach i zasnąłem. Kiedy przyszli i zobaczyli mnie śpiącego, nie kazali mamie mnie budzić, tylko sami położyli się na podłodze. Co roku pytałem, czy już mogę pójść na pielgrzymkę, ale słyszałem, że jestem za młody. W końcu, gdy zacząłem szkołę średnią, dostałem zgodę. Od tamtej pory minęło ponad 30 lat i nie zdarzyło mi się opuścić żadnej pielgrzymki. Jestem pewnie jednym z pątników z najdłuższym stażem.

Co utkwiło Księdzu w pamięci z pierwszych lat pielgrzymowania?

Na pewno pierwszy dzień, kiedy dochodziliśmy do Wilkołaza. To był odcinek ok. 40-kilometrowy i nawet dla mnie, młodego chłopaka, było to dużo. Ból i sztywność nóg pamiętam do dziś. Druga rzecz to smak konserwy tyrolskiej, w którą każdy pielgrzym starał się zaopatrzyć. Do dziś, gdy z kumplem chodzimy po Bieszczadach, kupujemy sobie tyrolską i robimy kanapki z konserwą i pomidorem, by poczuć smak dzieciństwa. Uwielbiałem też spanie w stodołach, gdy dzielono nas na grupy 30 czy 40 chłopa i spaliśmy na sianie. Czasem nie można było się umyć przez kilka dni, bo nie było wody, ale nikt nie narzekał.

Wakacje zawsze oznaczały pielgrzymkę?

Tak, a dokładnie dzieliły się na czas przed pielgrzymką i po niej. W czasie wakacji miałem obowiązkowe prace do wykonania w domu, rzadko kiedy wyjeżdżałem, ale pielgrzymka była czasem świętym, którego nikt mi nie zabierał.

Nie miał Ksiądz dosyć? W końcu ból nóg, czasem ciężkie warunki mogły zniechęcić…

O nie. To wszystko nie miało znaczenia, bo wokół byli ludzie, niekończące się rozmowy. Mieliśmy czas dla siebie, a zmęczenie i trudy sprawiły, że serca jakoś naturalnie otwierały się na siebie. Często siedzieliśmy w nocy, a młodzieńcze tematy się mnożyły. To też kształtowało moją osobowość.

Zmieniło się postrzeganie pielgrzymki, gdy wstąpił Ksiądz do seminarium?

To taki dobry czas, ludzie traktują cię jako „pół-księdza”, masz dostęp do mikrofonu, a jednocześnie czujesz odpowiedzialność, by twoje zachowanie było świadectwem. Nauczyłem się wtedy walki o człowieka. Pamiętam takie wydarzenie, kiedy pewna dziewczyna, która miała milion kolczyków w uszach i wyglądała na hipiskę, poprosiła o rozmowę. Szliśmy z grupą i rozmawialiśmy, tak było przez dwa dni. Jeden starszy ksiądz powiedział mi wtedy, że nie wypada tyle czasu rozmawiać z jedną dziewczyną. Musiałem podjąć decyzję, co zrobić – czy zachować się „poprawnie politycznie” i powiedzieć, że nie będę z nią rozmawiał, czy zostać przy tym człowieku. Nauczyłem się wtedy, że jeśli ja w sumieniu jestem w porządku, to mniej mnie interesuje, co ludzie o mnie mówią, a mówią różnie. Ukształtowało mnie to w relacji do drugiej osoby.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy