Nowy numer 32/2022 Archiwum

Ks. Mirek Ładniak: Pielgrzymka pozwala nam poznać siebie

Już 3 sierpnia wyruszy Lubelska Pielgrzymka na Jasną Górę, pod katedrą działa sekretariat, w który można się zapisać. By to zrobić, zachęca ks. Mirosław Ładniak, dzieląc się własnym doświadczeniem.

Pamięta ksiądz swoją pierwszą pielgrzymkę na Jasną Górę?

Ks. Mirosław Ładniak: O tak! Tym bardziej, że długo czekałem aż będę mógł pójść. Pochodzę z Opola Lubelskiego, przez które idzie lubelska pielgrzymka, a to oznacza, że od najmłodszych lat wraz z innymi mieszkańcami miasta czekałem na pielgrzymów. To były takie czasy każdy rozchwytywał pątników, by zabrać ich do domu na nocleg. Ja wychodziłem z mamą, by też zaprosić kogoś do nas. Z opowieści rodzinnych wiem, że już jako mały chłopiec byłem tak podekscytowany, że nie chciałem iść spać, dopóki nasi goście nie wrócili z wieczornego Apelu w kościele. Zdarzyło się, że czekając na nich położyłem się na chwilę na przygotowanych dla nich łóżkach i zasnąłem. Kiedy przyszli i zobaczyli mnie śpiącego, nie kazali mamie mnie budzić, a sami położyli się na podłodze. Co roku pytałem czy już mogę pójść na pielgrzymkę, ale słyszałem, że jest za młody. W końcu, gdy zacząłem szkołę średnią, dostałem zgodę. Od tamtej pory mija więcej niż 30 lat i nie zdarzyło mi się opuścić żadnej pielgrzymki. Jestem pewnie jednym z najdłuższym stażem pątników.

Co utkwiło księdzu w pamięci z pierwszych lat pielgrzymowania?

Na pewno pierwszy dzień, kiedy dochodziliśmy do Wilkołaza. To był odcinek ok. 40 km i nawet dla mnie, młodego chłopaka, było to dużo. Ból i sztywność nóg pamiętam do dziś. Druga rzecz to smak konserwy tyrolskiej, w którą każdy pielgrzym starał się zaopatrzyć. Do dziś, gdy z kumplem chodzimy po Bieszczadach kupujemy sobie Tyrolską i robimy kanapki z konserwą i pomidorem by poczuć smak dzieciństwa. Uwielbiałem też spanie w stodołach, gdy dzielono nas na grupy 30 czy 40 chłopa i spaliśmy na sianie. Czasem nie można było się umyć przez kilka dni, bo nie było wody, ale nikt nie narzekał.

Wakacje zawsze oznaczały pielgrzymkę?

Dokładnie dzieliły się na czas przed pielgrzymką i po niej. W czasie wakacji miałem obowiązkowe prace do wykonania w domu, rzadko kiedy wyjeżdżałem, ale pielgrzymka była czasem świętym, którego nikt mi nie zabierał.

Nie miał ksiądz dosyć? W końcu ból nóg, czasem ciężkie warunki mogły zniechęcić…

O nie. To wszystko nie miało znaczenia, bo wokół byli ludzie i niekończące się rozmowy. Mieliśmy czas dla siebie, a zmęczenie i trudy sprawiły, że serca jakoś naturalnie otwierały się na siebie. Często siedzieliśmy w nocy, a młodzieńcze tematy się mnożyły. To też kształtowało moją osobowość.

Zmieniło się postrzeganie pielgrzymki, gdy wstąpił ksiądz do seminarium?

To taki dobry czas, ludzie traktują cię jako „pół księdza”, masz dostęp do mikrofonu, a jednocześnie czujesz odpowiedzialność, by twoje zachowanie było świadectwem. Nauczyłem się wtedy walki o człowieka. Pamiętam takie wydarzenie, kiedy pewna dziewczyna, która miała milion kolczyków w uszach i wyglądała na hipiskę, poprosiła o rozmowę. Szliśmy z grupą i rozmawialiśmy, tak było przez dwa dni. Jeden starszy ksiądz powiedział mi wtedy, że nie wypada tyle czasu rozmawiać z jedną dziewczyną. Musiałem podjąć decyzję, co zrobić, czy zachować się „poprawnie politycznie” i powiedzieć, że nie będę z nią rozmawiał, czy zostanę przy tym człowieku. Nauczyłem się wtedy, że jeśli ja w sumieniu jestem w porządku, to mniej mnie interesuje, co ludzie o mnie mówią, a mówią różnie. Ukształtowało to mnie w relacji do drugiego człowieka.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama