Nowy numer 4/2023 Archiwum

Świadectwo. Kręte drogi s. Małgorzaty

Historia jej życia jest przykładem tego, że Pan Bóg cierpliwie czeka, niczego nie narzuca i kocha nas ze wszystkimi naszymi wadami i talentami.

W zgromadzeniu odbyła postulat i nowicjat, złożyła śluby czasowe, ale jej niespokojny charakter i chęć żeby było po jej myśli sprawił, że wystąpiła ze zgromadzenia.

– Człowiek, wstępując do zgromadzenia, jest pełen ideałów i myśli, że on sam i wszystkie siostry to święci ludzie. Zapominamy, że jesteśmy słabi i grzeszni, a sam habit nie czyni nas aniołami. Kiedy wstępowałam do zgromadzenia miałam 29 lat, byłam więc dorosła, pracowałam, miałam różne życiowe doświadczenia i wydawało mi się, że wszystko wiem, że ja, która mam takie doświadczenie życia w świecie to siostry ustawię, jak to powinno się żyć. Chciałam robić po swojemu, diabeł mi szeptał, że te siostry to się nie znają na życiu i mimo ogromnej pomocy i wsparcia ze strony zakonu, mój upór był tak wielki, że postanowiłam odejść. Straciłam z oczu Pana Boga, ale wydawało mi się, że to zakon był winny. Wróciłam do domu i zaczęłam szukać innego zakonu, ale w każdym coś mi się nie podobało. Zdałam sobie sprawę, że w innych szukam dominikanek, że to one są mi najbliższe i ich charyzmat sprawia mi radość i napełnia pokojem – mówi siostra.

Niełatwo było jednak wrócić.

– Przeszkody się mnożyły. Po wystąpieniu wzięłam kredyt na remont mieszkania, więc musiałam go spłacić, gdy to zrobiłam, moja mama straciła wzrok i nie mogła mieszkać sama. Na operację czekała 3 lata, kiedy już poczułam, że mogę wracać do zakonu, mama miała zawał i znów wymagała mojej opieki. Kiedy to się unormowało, zdiagnozowano u niej raka. Nie wiedziałam, co mam robić. Wiedziałam, że mogę do zakonu wrócić, bo wcześniej rozmawiałam z matką przełożoną, ale decyzja była trudna. Podjęła ją moja mama mówiąc, żebym jechała.  Jeśli ja będę szczęśliwa, to ona też. Zdecydowałam przejść raz jeszcze formację zakonną, co wiązało się z wyjazdem do Włoch do domu generalnego. Tam zastała mnie wiadomość o śmierci mamy. Po ludzku była to dla mnie niewyobrażalna strata, ale oddałam to wszystko Bogu. Dziś wiem, że ta śmierć była łaską i dla cierpiącej mamy i dla mnie, żebym mogła poświęcić się pracy i życiu w zgromadzeniu, bez lęku, że moja mama sobie nie radzi – mówi s. Małgosia.

Mimo krętych ścieżek jej powołania, ma dziś wielki pokój w sercu i radość, że w końcu odnalazła swoje miejsce w życiu. Potwierdzeniem tego były śluby wieczyste, które we wrześniu złożyła w Lublinie.

Siostry Dominikanki Różańcowe swój pierwszy dom w Polsce otworzyły w Lublinie 35 lat temu. Tu też przez pierwsze lata formowały się wszystkie Polki wstępujące do zgromadzenia.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy