Nowy numer 4/2023 Archiwum

Podziel się tym, co masz

O zauważeniu drugiego człowieka, przeglądzie szafy i otwieraniu serca mówi Ewa Dados, inicjatorka akcji pomocy dzieciom.

Agnieszka Gieroba: Gdy 30 lat temu ogłosiłaś na antenie Radia Lublin spontaniczną zbiórkę rzeczy dla dzieci, spodziewałaś się, że przerodzi się ona w tak wielką i długoterminową akcję?

Ewa Dados: Absolutnie nie. To był odruch serca. Prowadziłam wówczas w radio dobranockę, do której zapraszałam dzieci z lubelskiej Starówki. To one przynosiły swoje pomysły, a my je tylko realizowaliśmy. Nie kończyło się na bajkach, bo przy okazji poruszane były różne ważne sprawy. Jedną z nich mieli Przemek i jego przyjaciele. Przychodzili codziennie do „Jaśkowej dobranocki”, z pasją się do niej przygotowywali i pewnego dnia Przemek zdobył się na odwagę, by porozmawiać ze mną i poprosić, bym załatwiła mu pracę. Miał wtedy 10 lat. Zaczęłam dopytywać, co się dzieje, i usłyszałam historię o chorej mamie, głodzie i biedzie. W odruchu serca chciałam dać mu pieniądze, ale on odmówił. Dało mi to do myślenia. Wiedziałam, że żeby pomóc, nie mogę tego robić byle jak. To wtedy z anteny padło zaproszenie, by dzielić się tym, co mamy.

Zbiórka była inna niż wszystkie. Zaznaczyłaś, że nie zbierasz pieniędzy, tylko konkretne rzeczy. Dlaczego?

Bo dzieci pieniędzy nie potrzebują. Chcieliśmy pomóc właśnie najmłodszym, a oni marzyli o ciepłej kurtce, nowych butach, jakichś słodyczach czy zabawkach. Najpierw wielu pracowników radia przejrzało swoje szafy i przyniosło rzeczy, ale to wszystko było mało wobec potrzeb dzieci – już nie tylko ze Starówki, bo także w innych rejonach nie brakuje miejsc, gdzie bieda wygląda z każdego kąta. Poszłam wtedy do prezesa Radia Lublin Janusza Winiarskiego z pytaniem, czy możemy utworzyć jakieś stowarzyszenie, żeby pomagać dzieciom. On jednak powiedział: „Nie ma na to czasu. Sama mówisz, że jest już zima, a dzieci mają gołe nogi i są głodne. Trzeba działać już. Daję ci antenę radiową, a ty coś wymyśl”. Tak zrodziła się akcja, w której poprosiłam słuchaczy, by przynosili do radia rzeczy, którymi można obdarować dzieci.

Szybko jednak okazało się, że radio jest za małe…

Niespodziewanie zrobiło się z tego pospolite ruszenie i trzeba było pomyśleć, jak to zorganizować. W kolejnych latach więc zaczęliśmy tworzyć sztaby w różnych miejscach, gdzie można było przynosić dary. Włączało się coraz więcej ludzi. Jedni ofiarowali magazyny, gdzie rzeczy można składać, a potem rozdzielać, inni transport, artyści oddawali swój talent, by ułożyć piosenkę dla akcji, sportowcy grali mecze, gdzie biletem wstępu były słodycze, wolontariusze dawali czas, by to wszystko ogarnąć. Długo można wymieniać, bo każdy ma coś, czym może się podzielić, i my tego doświadczamy od 30 lat.

A jak było z lwem, którego dostała pewna mała dziewczynka?

To historia z pierwszego roku trwania naszej akcji. Przyszła do nas dziewczynka ze swoim tatą. Pan był zawstydzony, trudno było mu powiedzieć, o co chodzi. W końcu wykrztusił z siebie, że jest bez pracy, żonę ma w szpitalu, a córka nie ma butów na zimę. Akurat do radia zadzwoniła jakaś pani ze sklepu z obuwiem, że może oddać kozaczki dla dziewczynki. Skierowałyśmy pana do tego sklepu, a dziewczynka na pocieszenie dostała kudłatego lwa, którego na rzecz akcji ofiarowała moja córka. Rok później na akcyjnym koncercie podeszło do mnie dziecko i zapytało: „Ciociu, poznajesz mnie?”. Nie poznałam. Ona na to: „Te buciki mam od ciebie, a lwa oddam na rok innemu dziecku, bo ja już go nie potrzebuję”. Okazało się, że tata znalazł pracę, mama wyzdrowiała i teraz cała rodzina chce pomóc innemu dziecku

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy