Pośród palącego słońca i kolorów Afryki Chrystus rodzi się tak samo, jak w chłodnej, czasem zaśnieżonej Polsce. Dobrze wiedzą o tym siostry białe, które dzielą się swoją wiarą i doświadczeniem.
Dla s. Celiny tegoroczne Boże Narodzenie w domu sióstr w Lublinie będzie drugim od niemal 20 lat spędzanym poza Afryką. Z pewnością cała świąteczna otoczka, jaka zwykle towarzyszy nam w ten szczególny czas, będzie zupełnie inna niż ta na misjach, ale ten sam Chrystus narodzi się tutaj i tam. Kościół w wielu krajach Afryki tworzą małe wspólnoty, które spotykają się na dzieleniu się słowem i wspierają się wzajemnie. Ich codzienność wygląda inaczej niż ta znana nam z własnego podwórka.
Kura na święta
- Pamiętam swoje pierwsze święta w Afryce, kiedy jako młoda siostra posłana byłam do Tanzanii. Pracowałam wówczas w Arusha i będąc szafarzem Komunii Świętej, odwiedzałam ludzi chorych i starszych w parafii. W ten przedświąteczny czas poszłam odwiedzić pewne starsze małżeństwo Mze Symile. Ci ludzie byli bardzo schorowani i żyli tylko z tego, co im wspólnota chrześcijańska ofiarowała. Usłyszałam od pana Symile, że dostali kurę na święta. Bardzo się ucieszyłam, bo to oznaczało, że nie będą głodni i, prawdę mówiąc, zdejmowało to ze mnie troskę o to, jak sobie poradzą. Po kilku chwilach gospodarz zawołał chłopca z sąsiedztwa, który przyniósł tę kurę i dowiedziałam się, że oni chcą mi ją ofiarować, bym zabrała ją do domu sióstr. Powiedziałam, że absolutnie tego nie wezmę, że to oni potrzebują kury, a nie my. Ten pan wysłuchał mnie i zapytał, dlaczego przyjechałam do Tanzanii, zostawiłam rodzinę, nie wyszłam za mąż. Odpowiedziałam, że chciałam się dzielić miłością, jaką sama otrzymałam od Boga i powiedzieć innym, jak bardzo są kochani. Wówczas ten pan zwrócił się do mnie: "No właśnie, przychodzisz do nas i dzielisz się z nami tym, co masz najcenniejszego, a my jesteśmy bardzo zadowoleni. Teraz wiesz, że ta kura jest dla nas ważna i chcemy się nią podzielić, a ty jej nie chcesz". To była dla mnie ważna lekcja. Wzięłam kurę i z płaczem zaniosłam do domu. Jedna ze starszych sióstr powiedziała, że mogę dziękować Bogu za tę lekcję, bo nam się wydaje, że misje to tylko dawanie, ale to też przyjmowanie. Uczę się tego ciągle na nowo - mówi s. Celina.
Prawdziwe narodziny
- Kiedy już nadchodził dzień Bożego Narodzenia, do kościoła w Arusha przychodzili katolicy, jak również ludzie innych wyznań i religii tradycyjnej, mieszkający na terenie parafii. Było dużo ludzi. Święta sprawiały, że sąsiedzi, niezależnie od wyznania, chcieli razem się cieszyć. Parafianie przygotowywali scenę narodzin Pana Jezusa. W Arusha Maryję grała kobieta z prawdziwym małym dzieckiem. Sama ta scena wzruszała wszystkich, często też prowokowała do pytań o wiarę i Jezusa - opowiada s. Celina.
Potem były kolejne święta w Tanzanii, ale także w Burkina Faso i Mauretanii. - Niezależnie od kraju czy regionu Afryki, zawsze Boże Narodzenie pokazywało, że łączy ludzi. Wielu z nich przychodziło z daleka. Czasem szli całą noc, jak na przykład w Mwanga, a nasza placówka zamieniała się w wielką noclegownię na dworze i kuchnię, bo wszyscy razem przygotowywali posiłek, rozmawiali, cieszyli się, że Jezus się za chwilę narodzi. Wigilia upływała na przygotowaniach, a sam 25 grudnia wypełniony był - obok Mszy św. - przedstawieniami opowiadającymi o życiu Pana Jezusa, no i wspólnym obiadem. Wszyscy świętowali razem przy kościele, a nie w swoich domach - mówi misjonarka.
Sąsiedzka wymiana
Nieco inaczej święta wyglądały w Mauretanii, kraju muzułmańskim, gdzie wspólnota chrześcijańska jest mała i tworzą ją zazwyczaj sami cudzoziemcy. - Jednak i tutaj świętowaliśmy razem. Zanosiliśmy sąsiadom nasze świąteczne jedzenie, a kiedy było ich święto, oni przynosili nam często mięso lub inne tradycyjne potrawy. To była taka świąteczna wymiana darów - wspomina siostra. Ze względów bezpieczeństwa Pasterka sprawowana była nie w nocy, ale wieczorem, a potem ci, którzy mieli samochody, odwozili do domu tych, którzy ich nie miel. Wszyscy starali się dbać o siebie - podkreśla s. Celina.
Święta w tych krajach są pełne muzyki - chóry, jakich wiele działa w chrześcijańskich wspólnotach, przygotowują swój repertuar, liturgia jest dopięta na ostatni guzik. Ludzie wierzący robią wszystko, by prawdziwie przeżyć ten czas. Oczywiście i do Afryki dociera komercja, czyli sprzedaż choinek czy światełek, ale nie mają one nic wspólnego z prawdziwym świętowaniem. To zwyczajnie ładne ozdoby, które ludzie kupują sobie do domów. W niejednym muzułmańskim domu można spotkać takie zdobnicze elementy. - Doświadczenie innych religii i tradycji, doświadczenie Kościoła jako mniejszości w kraju otworzyły mnie na zupełnie inny wymiar świąt, w ogóle wiary. Zrozumiałam, że nie chodzi o atmosferę czy przyjemne uczucia, ale o głębię spotkania z Jezusem w sercu, z Bogiem Emmanuelem w drugim człowieku, czasem tam, gdzie najmniej się Go spodziewamy - podkreśla misjonarka.
W drugą stronę
S. Lucy pochodzi z Ugandy. Przed kilkoma laty została posłana do Polski, gdzie mogła doświadczyć jakże innego dla niej Bożego Narodzenia. - Nie chodzi oczywiście, że co innego świętujemy, tylko o tradycje, które dla mnie są zupełnie nowe, ale jakże piękne - mówi. Choć nie wszystko było zaskakujące, bo w Mauretanii pracowała już z s. Celiną, która pokazała polski zwyczaj dzielenia się opłatkiem. Kiedy 4 lata temu przyjechała do Polski, do Lublina, trafiła na KUL, by uczyć się języka polskiego. Przed świętami na zajęciach padało wiele słów, które Lucy było trudno zrozumieć, dopóki nie doświadczyła, jak są obchodzone święta w Polsce. - Nie rozumiałam dokładnie, co to są specjalne potrawy i wigilia. U nas, w Ugandzie, nie mamy zwyczaju wieczerzy wigilijnej, jak tutaj, w Polsce. Największe wrażenie zrobił na mnie opłatek, którym dzielili się ludzie, składając sobie życzenia, dziękując za różne sprawy czy też przepraszając. Ten biały chleb sprawiał, że ludzie się otwierali i mówili rzeczy, jakich na co dzień się nie słyszy - mówi s. Lucy.
Otwarte serca
Po 3 latach w Polsce s. Lucy miała urlop, który wypadał akurat przed Świętami Bożego Narodzenia, które miała spędzić w domu, w Ugandzie. W Polsce już w kościołach rozdawano opłatki, wówczas jedna z sióstr zapytała Lucy, czy chce opłatek dla swojej rodziny. - Powiedziałam, że tak, że bardzo chcę zabrać go do mojego domu. Kiedy dotarłam do mojej rodziny, zaproponowałam, żebyśmy spędzili święta trochę po polsku. Poprosiłam moją rodzinę, by w Wigilię Bożego Narodzenia wieczorem cała rodzina spotkała się razem o konkretnej godzinie. Wszyscy się zgodzili. Kiedy przyszli, zaczęliśmy się modlić, wołaliśmy do Ducha Świętego, a potem wytłumaczyłam im, że będziemy dzielić się opłatkiem i to taki czas na powiedzenie sobie ważnych rzeczy prosto z serca. Widziałam, jak wszyscy bardzo to przeżyli. Starsi i młodsi przepraszali się za różne sprawy i mówili "kocham cię". Byliśmy bardzo wzruszeni, to były dla nas jedne z najpiękniejszych świąt, bo mogliśmy się nie tylko spotkać, ale naprawdę otworzyć przed sobą serca - mówi s. Lucy.