Boża tancerka

Można by powiedzieć, że jej życie od początku było porażką. Urodzona przez 16-letnią matkę, która początkowo rozważała aborcję, potem zdecydowała się ją wychować, jednak alkohol skutecznie jej to utrudnił. Bóg miał jednak plan.

Wydawało się, że dziewczynka nie miała szans, by wyrosnąć na pełną wiary i radości kobietę, a jednak dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Milena Adamczewska, zwana dziś Bożą tancerką, dawała świadectwo w Lublinie podczas spotkania dla młodych „Rozpaleni” o tym, jak Jezus się o nią troszczy.

– Pamiętam z dzieciństwa, że bywałam bardzo głodna, a w domu nie było nic oprócz spleśniałego chleba. Musiało być bardzo źle, skoro pojawił się kurator. Wiem, że mama usłyszała, że jak się nie zmieni, to zabiorą mnie do domu dziecka. Mój tata z nami nie mieszkał, a ja, patrząc na alkoholizm mamy, chciałam mieszkać z nim – opowiada Milena.

Kiedy miała 6 lat, rzeczywiście ojciec zabrał ją do swojego domu. – Moja mama nie chciała się na to zgodzić. Przyszła tam z policją, a ja miałam wybierać, gdzie chcę być. Wybrałam tatę, ale to nie rozwiązało problemów. Ojciec mieszkał z partnerką, z którą nie miałam dobrych relacji. Oczywiście Pana Boga w domu nie było – wspomina dziewczyna. W zerówce nauczyła się modlitwy do Anioła Stróża i często ją odmawiała. Wówczas czuła się bezpieczniej. Kiedy poszła do pierwszej klasy, dowiedziała się, że żeby mieć 6 z religii, trzeba chodzić do kościoła, postanowiła więc, że tak będzie robić. W szkole też pojawił się w jej życiu taniec.

Taneczne kroki
Chodziła na różne zajęcia i sprawiało jej to ogromną przyjemność. – Pamiętam jedno z kazań w kościele, które ksiądz mówił o talentach. Miał woreczek z monetami, które symbolizowały talenty i powiedział, że każdy może taką monetę wziąć, jeśli chce rozwijać swój talent. Ja jedną wzięłam. Chciałam tańczyć – opowiada Milena. Kiedy skończyła 6 klasę i poszła do gimnazjum, porzuciła nie tylko taniec, ale i Boga, bo chodzenie do kościoła już nie miało znaczenia przy ocenie z religii. – W pierwszej klasie dokuczałam mojej nauczycielce z religii. Zadawałam jej podchwytliwe pytania, by udowodnić, że się myli, że Bóg, o ile istnieje, to się nami nie interesuje. Ona jednak nie gniewała się na mnie i z czasem zaczęła mnie inspirować tym, że jest młoda, że żyje z pasją, że ma w sobie radość, a ja mam w sobie smutek i żal. Dowiedziałam się też wtedy, że moja mama zaszła w czwartą ciążę i oddała moją siostrę do domu dziecka. Nie mogłam się z tym pogodzić, że ona rodzi kolejne dzieci i każde krzywdzi – mówi Milena.

Przebaczenie
Akurat na lekcji religii katechetka mówiła o tym, że często musimy przebaczać naszym rodzicom. Milena nie rozumiała tego. Została po lekcji na rozmowę. – Opowiedziałam jej o sobie i spotkałam się z jej strony z wielką miłością i akceptacją. Poszłam do domu i pierwszy raz od dawna się pomodliłam. Przypomniałam też sobie o starej monecie z kościoła, która była symbolem rozwijania talentów. Poczułam wtedy, że znowu chcę tańczyć i chodzić do kościoła. Jednak miałam w domu zakaz chodzenia na Msze św. Zaczęłam więc modlić się w samotności i czytać religijne książki. Tak małymi krokami przybliżałam się do Pana Boga – przyznaje.

Po skończeniu gimnazjum dostała się do liceum taneczno-teatralnego. – Rozwijałam swoją pasję, ale miałam wielkie pragnienie żeby być w jakiejś wspólnocie i móc chodzić na Eucharystię, czego mi zabraniano. Postanowiłam, że jak tylko skończę 18 lat, wyprowadzę się z domu. To oczywiście nie było łatwe. Musiałam sama się utrzymywać, pracując w weekendy, bo byłam w klasie maturalnej i nauka oraz taniec zajmowały całe moje dni. Pamiętam też, że przed urodzinami zadzwoniła do mnie mama. Zawsze te nasze rozmowy były oschłe i pełne napięcia, ale tym razem czułam miłość i przebaczenie. To było takie zaskakujące, ale też pozwoliło mi z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Wyprowadziłam się z domu z postanowieniem, że zaczynam życie na maksa – mówi Milena.

Modlitwa tańcem
Cztery dni później dowiedziała się, że jej mama nie żyje. To był szok, bo miała zaledwie 34 lata. – Z jednej strony byłam wdzięczna Bogu, że dał mi pojednać się z mamą przed jej śmiercią, z drugiej byłam wściekła, że mnie to spotkało. Zaczął się czas żalu i smutku. Dużo płakałam i czułam się samotna. Wtedy dowiedziałam się, słuchając podcastu Marcina Zielińskiego, że on codziennie czyta jeden psalm i to mu pomaga w życiu. Postanowiłam spróbować. Trzydziestego dnia doszłam do 30 psalmu, gdzie są słowa „Zamieniłeś moją rozpacz w radosny taniec”. Dokładnie w tym czasie trafiłam do wspólnoty diakonii modlitwy tańcem. Odkryłam, że mogę tańczyć dla Boga – cieszy się.

Z jednej strony czuła ogromną radość, że może poprzez swoją pasję wielbić Stwórcę i wzrastać w wierze, z drugiej wypełniał ją lęk o przyszłość.
 – Utrzymywałam się sama, najpierw kończąc liceum i mieszkając w bursie, ale zdałam maturę i dostałam się na studia, co oznaczało, że muszę wynająć mieszkanie. Tylko jak za nie zapłacić? Zajęć na uczelni miałam bardzo dużo i trudno było je godzić z pracą. Ciągle martwiłam się o pieniądze. Byłam zwyczajnie biedna. Wtedy też usłyszałam, że warto oddawać Bogu dziesięcinę ze swoich dochodów, że radosnego dawcę miłuje Bóg i troszczy się o niego. Nie byłam jednak gotowa, by dzielić się z Bogiem moimi skromnymi dochodami – mówi dziewczyna. Wtedy też zaczęła przychodzić jej do głowy myśl żeby porzucić pracę, którą wówczas miała. – To było niedorzeczne, ale tak natarczywe, że wiedziałam, że to nie pochodzi ode mnie. Przyszedł nowy rok, a moja sytuacja finansowa była krytyczna. Wówczas pomyślałam, że mam tak mało, że jak oddam dziesięcinę Bogu, to i tak niczego nie zmieni to w moim położeniu. Niech się dzieje, co chce. Zaczął się luty, w Łodzi odbywało się forum charyzmatyczne, na którym byłam. Trwałam na adoracji, gdy jeden z ojców podniósł Najświętszy Sakrament, zalała mnie taka fala miłości, że popłynęły mi łzy wdzięczności. Byłam przekonana, że Bóg jest potężny i o wszystko się zatroszczy. Kolejnego dnia zadzwoniłam do mojego szefa i powiedziałam, że rezygnuję z tej pracy. Nie wiedziałam, czy mam szukać czegoś innego, ale czułam, że Bóg jakoś da mi znać. Moim marzeniem była praca w pewnej fundacji w Łodzi, ale wydawało mi się, że nie mam na to szans. Jechałam wówczas z posługą modlitwy na jakieś spotkanie razem z ludźmi z tej fundacji i wtedy jedna z tych osób zapytała mnie, czy nie chciałabym dla nich pracować. Zalała mnie wdzięczność, że Bóg tak się o to zatroszczył – mówi Milena.

Kolejne doświadczenia Bożej opieki przychodziły niespodziewanie. – Mimo pracy, zawsze liczyłam każdy grosz, bo utrzymując się sama na studiach, nie mogłam na nikogo liczyć. Pamiętam, że weszłam któregoś dnia do księgarni i przeglądałam "Dzienniczek" s. Faustyny. Pomyślałam, że go kupię kiedyś, jak będę miała więcej pieniędzy. W tym momencie przyszedł sms z banku, że moje konto zostało zasilone. Myślałam, że to pomyłka, ale był to przelew od jednej ze wspólnot z mojej parafii, a w tytule było „Błogosławieństwo od Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego”. To były dla mnie wielkie emocje, nie chciałam zwracać na siebie uwagi, podeszłam do tych "Dzienniczków" i otworzyłam na chybił trafił. Mój wzrok padł na wytłuszczony druk i zdanie „Córko moja, zapewniam Ci stały dochód, z którego żyć będziesz”. Cóż więcej mogę powiedzieć – Jezus jest moim Panem – dawała świadectwo Milena.

« 1 »