Do Lublina przyjechali z różnych stron Polski, by spędzić razem czas, słuchając konferencji, modląc się i znakomicie bawiąc. Wydarzenie nosi tytuł "Noc światła" i poświęcone jest bardzo dobremu Pasterzowi.
Takie spotkania to okazja, która w życiu młodego człowieka może rozjaśnić niejeden mrok.
- Szczegółowym tematem były słowa "Bardzo dobry Pasterz". To pewna gra słów, bo z jednej strony jesteśmy w parafii Dobrego Pasterza, z drugiej to nawiązanie do założyciela naszego zgromadzenia o. Jana Dehona. Obchodzimy właśnie jubileusz 100. rocznicy jego śmierci i chcemy tę postać przybliżyć. Tak się składa, że był on nazywany przez swoich wychowanków "bardzo dobrym ojcem". Spotkanie poświęcone było z jednej strony o. Dehonowi, z drugiej spróbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie: "po co dzisiaj jest ksiądz?". W przestrzeni publicznej jest sporo hejtu związanego z księżmi, oczywiście jakaś jego część jest zasłużona, ale większość to kapłani, którzy dobrze pracują, z miłością i oddaniem służąc Bogu i drugiemu człowiekowi - podkreśla ks. Jakub Kopystyński z parafii Dobrego Pasterza w Lublinie.
Młodzi, którzy odwiedzili Lublin, przyjechali z różnych stron Polski właśnie ze swymi kapłanami, którzy są dla nich nie tylko przewodnikami w wierze, ale także autorytetami w codzienności.
- Zanim sam zacząłem angażować się w życie mojej parafii, słyszałem od kolegów, że warto przyjść na spotkanie RSM, bo prowadzi je fajny ksiądz, który umie tak zwyczajnie mówić o ważnych sprawach. Pomyślałem: czemu nie? Myślę, że w dużej mierze dzięki kapłanowi młodzi potrafili szybciej stać się wspólnotą. Otwarty, bez patosu mówiący o wierze, taki, który nie wstydzi się wyjść z nami, młodymi, na hamburgera czy do kina, ale też potrafi powiedzieć, że warto coś przemyśleć, bo może rzeczywistość nie zawsze jest taka, jak my ją widzimy - to mój ideał kapłana i na szczęście w mojej parafii tacy są właśnie księża - mówi Maciek uczestniczący w spotkaniu.
Jako wzór nie tylko duszpasterza, ale człowieka dążącego do realizacji tego, co uważa w swoim życiu za ważne, księża sercanie pokazali młodym swego założyciela o. Leona Dehona.
- Jego życie mogłoby posłużyć za scenariusz do niezłego serialu. Aż szkoda, że na popularnych platformach oglądamy filmy o różnych kryminalistach, przekręciarzach, ludziach, którzy krzywdzą innych, a nie ma filmu o człowieku, który może być wzorem do naśladowania. W końcu to, czym się karmimy, nas wypełnia. Leon Dehon już jako młody chłopak zadawał sobie pytanie: co jest największym pragnieniem człowieka? "Możesz być kim chcesz" - mówi świat, ale przecież człowiek najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy jest sobą - mówił do młodych ks. Bartłomiej Król, przybliżając postać o. Dehona.
Młody Leon, pochodzący z bogatej szanowanej rodziny, był chłopakiem, któremu niczego nie brakowało. Jego rodzice mieli ambitne plany, by syn został prawnikiem, dbali więc o jego wykształcenie i posłali do szkoły. Tymczasem Leon mając 13 lat, poszedł na Pasterkę, choć rodzina nie była jakoś szczególnie religijna, i tam postanowił niespodziewanie dla siebie samego, że chce zostać księdzem.
- Plan Leona nie wpisał się w plan jego rodziny. O jej bogactwie świadczy fakt, że była właścicielem hipodromu. Ojciec widział w przyszłości syna w zarządzie swojej firmy, a nie w seminarium. Leon był posłusznym buntownikiem. Gdy ojciec kazał mu wyjechać na studia prawnicze do Paryża, zrobił to, wiedząc, że takie wykształcenie przyda mu się w kapłaństwie. W Paryżu odwiedzał różne kościoły i wspólnoty, pomagał potrzebującym, chętnie wspierał młodzież. Kapłaństwo było wciąż obecne w jego sercu, co nie podobało się rodzicom. Ojciec pomyślał więc, że wyśle go w długą podróż na Wschód, by chłopak zobaczył, jak piękny jest świat, i wtedy myśli o seminarium wylecą mu z głowy. Nie przewidział jednak, planując imponującą podróż, że Leon spędzi Wielkanoc w Ziemi Świętej, odwiedzając miejsca opisane w Ewangeliach, chodząc po ulicach, którymi chodził Jezus. Jego determinacja do zostania księdzem nie osłabła, ale tak się wzmocniła, że postanowił udać się do Rzymu, gdzie załatwił sobie audiencję u papieża i powiedział o swoim pragnieniu, którego nie akceptowali rodzice. Z naszej perspektywy nie była to jakaś nadzwyczajna sytuacja. Nam też zdarza się być w miejscach, w których wcale nie chcemy być, ale Pan Bóg ma moc wyprowadzić z tego wielkie dobro. Tak się stało i w życiu Leona, gdyż papież przyjął go do seminarium - opowiadał ks. Bartek.
Rodzice Leona obrazili się na niego i przez dwa lata nie odzywali się do niego. On jednak był pewien, że jest we właściwym miejscu. W końcu jego bliscy zrozumieli, że to nie chwilowa zachcianka, ale prawdziwa droga powołania.
Kolejne lata życia o. Leona nie były łatwe. Odczytywał w sercu, że powinien założyć nowe zgromadzenie podejmujące działania zmierzające ku zadośćuczynieniu Sercu Jezusa za grzechy popełnione przez ludzkość. Dzięki przychylności biskupa stało się możliwe założenie w 1877 roku Kolegium pw. św. Jana w Saint-Quentin, które było miejscem powstania przyszłego zgromadzenia księży sercanów. Właśnie tam 28 czerwca 1878 ks. Leon Dehon złożył swoje pierwsze śluby zakonne.
- To nie był koniec, bo przyszedł czas, gdy zgromadzenie zostało zlikwidowane, a o. Leon przyjął to jako wyraz woli Bożej. Potem je reaktywowano, przyszła I wojna światowa, było wiele zła i zniszczeń, ale o. Leon mówił, że trzeba przyjmować porażki, by móc zwyciężyć. Nie chciał by ludzie, z którymi przebywał, stawali się tacy jak on. Chciał, by byli tacy jak Jezus. To przesłanie jest wciąż aktualne - mówił ks. Bartek młodym.