S. prof. Zofia J. Zdybicka - urszulanka Serca Jezusa Konającego - to była postać niezwykła. Wielokrotnie udzielała wywiadu naszej redakcji, a uśmiech, z którym nas witała, był zawsze szczery.
Kiedy w 2017 r. miało miejsce odnowienie jej doktoratu, s. prof. Zdybicka mówiła, że w dobrym towarzystwie czas szybko mija. "Nie wydaje mi się, bym tak wiele lat pracowała i tyle przeżyła. Dla mnie to była chwila. Nie zmieniłabym niczego" - mówiła wówczas.
Opowiadała nam o swoim powołaniu. Zawsze czekała na nas z uśmiechem i dobrą herbatą. "Od dzieciństwa chodziły mi po głowie myśli, by zostać zakonnicą. Nie marzyło mi się zostanie żoną i posiadanie dzieci. Marzyło się za to, że któregoś dnia znajdę jakiś klasztor, w którym będę mogła spędzić resztę życia. Dziś, z perspektywy tak wielu lat, widzę, że to Pan Bóg dawał mi znaki, jaki ma plan dla mojego życia" - wspominała s. Zofia. W jej rodzinnym domu, gdzie mieszkała z mamą i starszą siostrą po śmierci ojca, wiara była bardzo żywa, ale nigdy nikt nie brał pod uwagę życia w zakonie. Wprost przeciwnie - gdy Zofia zaczęła przebąkiwać, że rozważa taki scenariusz, spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem matki.
"Nigdy nie miałam kontaktu z żadną siostrą zakonną, nie wiedziałam, jakie zakony istnieją i jak się do nich dostać, mimo to nabierałam pewności, że to właśnie jest moja droga" - opowiadała. W Kraśniku w czasie okupacji była tylko szkoła handlowa, do której Zofia uczęszczała, nie można było jednak zrobić w niej matury. Dziewczyna zawsze bardzo dobrze się uczyła, więc mama chciała, by zdała maturę i poszła na studia. Tak trafiła na dwa lata do Lublina, do szkoły Vetterów, gdzie mogła uzupełnić wykształcenie.
"Wspominam te lata jako wspaniały okres w moim życiu. To wtedy jako młodziutka dziewczyna słuchałam kazań lubelskiego biskupa Stefana Wyszyńskiego" - przywoływała sytuacje sprzed lat s. Zofia. Im bliżej było matury, tym bardziej rosła w niej pewność, że zostanie siostrą zakonną. Wraz z jej determinacją rósł też sprzeciw bliskich, którzy powtarzali, żeby najpierw skończyć studia, a potem decydować o takich rzeczach.
"Ja jednak nie chciałam czekać. Zdałam właśnie maturę i chciałam już być w jakimś zgromadzeniu. Tylko nie miałam pojęcia, w jakim. Zaczęły się wakacje. Byłam w Lublinie w pierwszy piątek miesiąca i poszłam do spowiedzi do kościoła jezuitów, gdzie zwykle lubiłam się modlić. Nie zamierzałam akurat opowiadać o swoich rozterkach i historii życiowej. Wyspowiadałam się i chciałam iść, gdy ojciec jezuita zapytał mnie, ile mam lat i co robię. Powiedziałam, że 20, właśnie zdałam maturę i chcę wstąpić do zakonu, ale nie mam pojęcia, do jakiego. Tak od słowa do słowa dowiedziałam się o urszulankach, a nawet dostałam książkę o matce Urszuli Ledóchowskiej" - opowiadała s. Zofia.
Okazało się, że jezuita był wychowankiem Urszuli Ledóchowskiej i miał kontakt z siostrami. Zofia wróciła do domu. Usiadła w swoim pokoju, otworzyła książkę i zaczęła czytać. Wstała dopiero wtedy, gdy przeczytała całą. Po lekturze ostatniej strony książki była gotowa się spakować i jechać do Pniew. Tak też się stało.
"Zawsze miałam szczególne nabożeństwo do św. Józefa, a w zakonie stał mi się jeszcze bliższy. Jego więc wybrałam sobie za patrona i zaczęłam być siostrą Józefą" - powiedziała. Podejmując różne obowiązki, czasem myślała o studiach, ale jako że nikt jej nie proponował takiej możliwości, pogodziła się z tym, że nigdy ich nie skończy. "Wybierałam życie zakonne, a nie naukę, więc w końcu po kilku latach jakichś tam nadziei na studia ze spokojem serca zrezygnowałam z tego marzenia dla Pana Boga. Wtedy niespodziewanie zawołała mnie przełożona i powiedziała, bym zdecydowała, co chcę studiować. Wybrałam filozofię, bo wówczas teologię mogli studiować tylko księża" - wspominała. Na studia skierowano ją na KUL. Wróciła więc do Lublina, gdzie była już wspólnota urszulańska, opiekująca się studentkami.
Potem jako pracownik KUL związała się z Lublinem. Wielokrotnie opowiadała naszej redakcji o różnych ważnych wydarzeniach, jakich była świadkiem. Kiedy umawiała się na wywiad, zawsze przychodziła z napisanym przez siebie tekstem, żeby - jak mawiała - pomóc w pisaniu, gdyby mówiła nieskładnie.