Nowy numer 2/2021 Archiwum

Wojna nie odebrała nam nadziei

– Od 6 lat żyjemy bez prądu i bieżącej wody. Nie ma pracy, szkół, jedzenia. Jest jednak nadzieja, która pozwala nam trwać mimo zniszczeń i śmierci, jakie są wokół nas – mówiła w Lublinie s. Annie, która przyjechała z Aleppo.

Wojna nie przyszła nagle. Wkradała się do Aleppo powoli, zajmując kolejne dzielnice miasta. Na początku, mimo wielkiego lęku, jaki ogarnął mieszkańców, nie było najgorzej. Można było opuścić swój dom i udać się tam, gdzie jest bezpieczniej. Część ludzi tak zrobiła. Większość jednak została, bo nie miała dokąd pójść i nie chciała zostawić całego swego dobytku na pastwę losu. Potem przyszło oblężenie i uciec się już nie dało, a z dobytku ludzi nie zostało niemal nic – opowiada s. Annie ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa i Maryi w Damaszku, która w Aleppo pracuje od 2003 roku.

Chrystus by ich nie zostawił

Kiedy zaczęła się wojna, siostry w Aleppo miały możliwość wyboru. Mogły opuścić miasto lub zostać. – Strach był wielki, ale nie mogłyśmy zostawić ludzi, którzy potrzebowali naszej pomocy i wsparcia. To byli nasi przyjaciele, a poza tym Chrystus z pewnością nie zostawiłby ludzi w potrzebie. Nasza decyzja była prosta, chciałyśmy zostać, by towarzyszyć i przez zwykłe, codzienne życie dawać świadectwo. Postanowiłyśmy robić wszystko, co w naszej mocy, by pomagać w tej sytuacji – mówi zakonnica. Bombardowania stawały się coraz częstsze. Miasto zamieniało się w gruzy i stawało się cmentarzem. Waliły się kolejne budynki, coraz mniej miejsc nadawało się do mieszkania. Na każdym kroku ginęli ludzie. Nie ma rodziny, której by to nie dotknęło. – Gdy zamykam oczy, widzę twarze ludzi, którzy zginęli, a których znałam. Nieustannie towarzyszymy rodzinom w żałobie. To może wydawać się mało ważne, ale dla ludzi, którzy stracili kogoś bliskiego, jest to bardzo cenna pomoc – mówi s. Annie.

Miasto widmo

Im dalej posuwała się wojna, tym trudniejsze stawało się codzienne życie. Miasto zostało pozbawione elektryczności i bieżącej wody. W Aleppo zamknięto 2 tys. różnych zakładów pracy, pozbawiając ludzi możliwości zarobkowania. Oprócz bombardowań, min i strzelaniny ludzie znoszą głód i choroby, jakie pojawiają się w tak trudnych warunkach. – Na terenie naszej parafii mamy trzy studnie. Każdego dnia ustawiają się do nich kolejki ludzi z plastikowymi butelkami, by nabrać wody do picia, ugotowania jedzenia, umycia się, wyprania rzeczy. Ci, którzy jakimś sposobem mają pieniądze, a jest ich niewielu, korzystają z kilku alternatywnych źródeł energii, ale generalnie, gdy zapada zmrok, Aleppo spowija ciemność – opowiada zakonnica. Od wielu lat ludziom towarzyszy także bezsenność. – Boimy się nawet we śnie. Zasypiamy czujnie, nasłuchując, czy nie zbliża się bombardowanie lub czy ktoś obcy nie nadchodzi, by zrobić nam krzywdę. Każdy podejrzany dźwięk stawia ludzi na nogi. Nie zmienił tego fakt, że Aleppo nie jest już oblężone, a działania wojenne przeniosły się ok. 40 km dalej. Wciąż słychać bombardowania i nikt nie ma pewności, czy znowu jakaś bomba nie spadnie na miasto. Myślę, że musi upłynąć dużo czasu, zanim znowu spokojnie będziemy kładli się spać – opowiada s. Annie. Im jest trudniej, tym coraz więcej ludzi szuka nadziei w Bogu. – Okazuje się, że gdy nie można liczyć na nikogo, dużo trudniej znosić cierpienie, dlatego mimo wojny ludzie żyją nadzieją pokładaną w Bogu, która pozwala im przeżyć kolejny dzień – podkreśla zakonnica. Wszyscy mieszkańcy Aleppo są też świadomi, że to, iż udaje się im przeżyć w tych warunkach, zawdzięczają wielu darczyńcom także z Polski. – W mieście, gdzie nie można normalnie pójść do sklepu, bo sklepów nie ma, a nawet gdyby były, to nie ma pieniędzy, by coś kupić, można przeżyć tylko dzięki tysiącom anonimowych dobroczyńców z całego świata, którzy ślą pomoc. Może dla kogoś, kto wpłaca na pomoc dla Aleppo jakąś niewielką kwotę czy kupuje paczkę makaronu, to niewiele, ale dla nas to dary na wagę złota, czy raczej na wagę życia. Za wszelką pomoc i modlitwę bardzo dziękuję – zaznacza s. Annie. Po działaniach wojennych Aleppo powoli wraca do życia. Z ponad 3 mln mieszkańców, którzy żyli tu przed wojną, zostało 1,8 mln. Najbardziej ucierpiały wschodnie i centralne dzielnice miasta, gdzie niemal wszystkie budynki zostały zniszczone. Wsparcie potrzebne jest w każdej dziedzinie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama