Nowy numer 44/2020 Archiwum

Historia. Niezwykły doktor Karol z Nałęczowa

W czasach, kiedy szczególnie doceniamy lekarzy, chcemy przypomnieć Karola Benniego - związanego z Nałęczowem medyka, który przyczynił się do rozwoju uzdrowiska.

Uzdrowiskowy klimat panujący w okolicy sprawił, że powstał tu Zakład Leczniczy, do którego ściągali nie tylko kuracjusze, ale i warszawiacy, którzy chcieli się pokazać i przy okazji miło spędzić czas. Może to właśnie – powstające uzdrowisko i otwierające się możliwości pracy dla lekarzy – ściągnęły do Nałęczowa Karola Benniego. Zachwycony miejscem, o którym w Warszawie, gdzie na co dzień pracował, było coraz głośniej, postanowił tu najpierw wynająć, a potem zbudować dom – willę „Widok”, która za sprawą swoich właścicieli stała się znana wśród polskiej elity odwiedzającej Nałęczów.

W pięknym budynku, zbudowanym w stylu szwajcarskim, latem pani Ludwika żona doktora Benniego, prowadziła ekskluzywny pensjonat, a sam doktor otwierał gabinet lekarski. Bywali u nich m.in: Henryk Sienkiewicz, Antoni Edward Odyniec, Jadwiga Łuszczewska (Deotyma), Jan Karłowicz. Stołował się tu także Bolesław Prus. Ok. 1880 roku doktor Benni został przyjęty na członka Spółki Udziałowej Zakładu Leczniczego w Nałęczowie, związując się jeszcze bardziej z miastem i jego mieszkańcami.

Karol Benni.   Karol Benni.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość

– Karol Benni był człowiekiem o wielkim sercu nie tylko dla swoich pacjentów, ale był także społecznikiem, który wokół różnych ważnych spraw, poczynając od kwestii patriotycznych poprzez kulturę po szkolnictwo i przemysł ludowy, potrafił gromadzić ludzi gotowych do działania. To ta głównie cecha sprawiła, że został zapamiętany, a jego zasługi można wyliczać na wielu polach poza medycyną – opowiada Bogumiła Wartacz z Muzeum Prusa w Nałęczowie, która wraz z Agnieszką Zadrożną przygotowała w 2018 roku wystawę plenerową w Nałęczowie zatytułowaną „Gdyby nie Benni…”.

Rzeczywiście, gdyby nie Karol Benni do Nałęczowa nie przyjechałby pewnie ani Bolesław Prus, ani Henryk Sienkiewicz, ani wielu innych znanych ówcześnie intelektualistów i artystów.

– W Nałęczowie o Bennim mówi się zwykle dwa razy. Pierwszy, gdy opowiada się o Prusie, to wspomina się, że sprowadził go tutaj właśnie dr Karol, by leczył agorafobię, na którą cierpiał pisarz. Drugi raz, gdy mówi się o kaplicy św. Karola Boromeusza, że jest fundacją Ludwiki, żony Karola Benniego, która w ten sposób chciała uczcić pamięć męża i zapewnić, że przez następne lata, ktoś będzie się za niego modlił. Tymczasem Nałęczów zawdzięcza Benniemu dużo więcej – mówi Agnieszka Zadrożna.

Karol Benni urodził się w Tomaszowie Mazowieckim w 1843 r. Miał dwie starsze siostry i dwóch braci. Jego ojciec Jakub Benni był pierwszym pastorem luterańskim w tym mieście, a matka – Maria Anna White – pochodziła z Glasgow. To przyczyniło się do tego, że dzieci płynnie władały kilkoma obcymi językami. Karol znał ich pięć: angielski, francuski, niemiecki, włoski, rosyjski. W 1860 r. wyjechał na studia medyczne do Paryża, gdzie pięć lat później otrzymał dyplom lekarski, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata. W Paryżu zbliżył się do polskich środowisk patriotycznych. Gdy dowiedział się o ciężkiej chorobie ojca przyjechał na krótko do Polski, przewożąc przy okazji tajne pisma dla kierownictwa Powstania Styczniowego.

– Doktor Karol nie wyobrażał sobie, by stać z boku wydarzeń, dlatego po powrocie ze studiów do Polski angażował się w pomoc powstańcom lub ich rodzinom, włączył się do komitetu budowy pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie, był odpowiedzialny także za budowę gmachu Zachęty. Od 1873 roku, gromadził wokół siebie środowisko znakomitych ludzi w celu wymiany myśli w dziedzinie kultury, gospodarki, zagadnień społecznych i polityki. W piątki, co dwa tygodnie, w mieszkaniu Bennich odbywały się wieczorki, na które zapraszano przedstawicieli różnych środowisk. Dyskutowano o rozmaitych sprawach i rodziły się plany konkretnych działań. Po kolacji towarzystwo przenosiło się do salonu, gdzie przed każdym stawiano filiżankę czarnej kawy i kieliszek wiśniaku, o wspaniałości którego w Warszawie było głośno. Menu dopełniały suszone śliwki na patyczkach obsypane kminkiem – specjalité de la maison. Tak było od października do maja, kiedy to Karol z małżonką Ludwiką pakowali się i wyjeżdżali do Nałęczowa na wakacje letnie – opowiadają autorki wystawy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama