Nowy numer 4/2023 Archiwum

Klerycy z lubelskiego seminarium opowiadają o tym, jak Pan Bóg ich zawołał

Diakon Marcin i kleryk pierwszego roku Michał zdecydowali o wyborze kapłańskiej drogi życiowej. Jak wygląda ich życie w seminarium?

Marcin - niewysoki z zawadiackim uśmiechem. Technik geodeta. Pasjonat polityki. Za kilka miesięcy będzie księdzem.

- Do kościoła zacząłem częściej chodzić, gdy zbliżał się egzamin do bierzmowania. Wymyśliliśmy z kolegami, że jeśli zostaniemy ministrantami, to nas ominie - wspomina ze śmiechem. - Tak mnie to wciągnęło, że byłem na Mszy św. prawie codziennie. W parafii był super klimat, świetny proboszcz, fajni wikariusze. Wkręciłem się w KSM, były wyjazdy, spotkania. Czułem się w kościele dobrze. W którymś momencie kolega namówił mnie na rekolekcje powołaniowe. Nie pamiętam, czy wtedy wiedziałem już, co to powołanie. Pojechaliśmy do księży oblatów. Czy tam odkryłem, co to powołanie? Nie wiem - przyznaje.  

Po gimnazjum Marcin wybrał technikum ze specjalnością geodezja. - Już jak byłem nastolatkiem, pasjonowała mnie budowlanka. Każdego dnia byłem jednak w kościele. Zastanawiało mnie, o co chodzi, że mój proboszcz wystawia Najświętszy Sakrament do adoracji i siada na długi czas w konfesjonale. Siedział tam nawet, jeśli nikt nie przychodził. Ta jego postawa mnie fascynowała. Myślałem sobie, że w tym wszystkim musi chodzić o Kogoś. 

Po maturze zdecydował się wstąpić do lubelskiego seminarium. - Marzyłem, by  być geodetą, ale czułem, że Pan Bóg czegoś ode mnie chce. Pomyślałem, że dam Mu szansę, przecież nic nie tracę. Jeśli nie będzie to droga dla mnie, to będę sobie inaczej układał życie - stwierdza. - Nie pamiętam już, czy jakoś konkretnie wyobrażałem sobie moje bycie w seminarium, ale początki były trudne. Ciężko było mi zaakceptować, że ktoś mówi, o której godzinie mam iść spać, albo że nie mogę w sobotę wieczorem wyjść na miasto, spotkać się z kolegami. Irytowało mnie też trochę, że muszę się ubierać w określonym stylu. No i te studia. Filozofia była taka nudna - śmieje się diakon. 

Pierwszy rok, mimo początkowych trudności, Marcin przeszedł bez większego problemu. - Modlitwy poranne, Msza św., śniadanie, wykłady, obiad, medytacja, czas wolny, nauka, kolacja. Życie w seminarium zależy trochę od tego, na którym się jest roku - zaznacza. Drugi rok był znacznie gorszy. - Studia na drugim roku są chyba najcięższe - stwierdza. - Denerwowała mnie też rutyna. Zastanawiałem się, czy to na pewno miejsce dla mnie. Zadawałem pytania sam sobie, wychowawcom, kolegom, ale przede wszystkim Panu Bogu. To od Niego przyszła odpowiedź. Postanowiłem podjąć wyzwanie trzeciego roku. 

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy