Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ludzi trzeba traktować bezwzględnie, czyli jak dorosłych

Marcin Wroński, pisarz i autor kryminałów retro o komisarzu Zydze Maciejewskim opowiada o czasach studenckich, twórczości i "rzyganiu słowami".

A czy byli to autentyczni intelektualiści? Taki był Pana stosunek do „rzygania słowami”? Gdy Pan to pisał, miał Pan 22 lata, na trzecim roku studiów można być już zmęczonym strukturalizmem i psychoanalizą...

Po trosze tak było, ale to wcale nie znaczy, że nie ciekawił mnie strukturalizm czy psychoanaliza. Teoria literatury to był jeden z moich ulubionych przedmiotów na studiach, chociaż od początku wiedziałem, że jest to rzecz, która nie przyda się nigdy, nikomu i do niczego. Ale podobnie jak filozofia jest zabawna i pod tym kątem bardzo mnie to ciekawiło. Mój stosunek był właśnie dwojaki i sam nie wiem, czy to nie jest ta najgłębsza przyczyna, z której powodu nie zostałem doktorem nauk humanistycznych. Ma Pan chyba rację, że takim przełomem faktycznie jest ten drugi albo trzeci rok. Studiowałem w trybie pięcioletnim i właśnie ta połowa studiów była takim momentem, kiedy właściwie trzeba byłoby już się zacząć zastanawiać, co człowiek chce w życiu robić, o czym chce pisać pracę magisterską, co go właściwie na tych studiach interesuje, a co go nie interesuje. Przeważnie wtedy dochodzi się do wniosku, że albo nic mnie nie interesuje, albo że się pomyliłem wyborze kierunku, albo że się pomyliłem w wyborze uczelni, albo że jeżeli nawet coś mnie interesuje, to akurat jest to dla mnie za trudne. To chyba ma każdy, ja też to miałem, ale to się zupełnie przypadkiem zbiegło akurat z Obsesyjnym motywem babiego lata i z tą krótką dykteryjką o intelektualistach. Poza tym i inne sprawy wpłynęły na powstanie tego fragmentu. Chociażby to, że miałem koleżankę na moim roku, która po prostu robiła ludziom obciach, gdy na przykład w autobusie mówiła „koherentny”, że coś jest „koherentne” w jej życiu...

I ludzie spluwali!

Nie, ale powinni! To pokazuje też, jakim grząskim bagnem może być szkoła wyższa, jak niektórzy ludzie mogą się przejąć i wsiąknąć. No ja nie wiem – może ta moja koleżanka już w szkole średniej mówiła „koherentny”, ale zakładam że nauczyła się dopiero tu. Ale tak naprawdę, wbrew temu, co napisałem, byłem intelektualistą i zawsze tak się czułem.

Czyli na dyskoteki Pan nie chodził?

Nie, nie umiałem tańczyć. Nigdy nawet nie miałem ambicji, żeby umieć. Nie lubiłem takich imprez. Lubiłem domówki, lubiłem wyjścia do knajp w gronie znajomych. Na tych naszych spotkaniach, które były po to, żeby się wódki napić, niektórzy grali na gitarze swoje czy moje teksty. Trochę bardziej poetyckie, czy raczej takie bardziej cyganeryjne życie prowadziłem niż typowo studenckie.

A typowo studencki lokal to...?

Moim ulubionym był wówczas przerażająco ciasny bar 13 Hester przy Okopowej, nawet napisałem o nim piosenkę do kabaretu. Studenci często tam przychodzili. Bywałem też w Chatce Żaka czyli u konkurencji, na UMCS-ie, ale z prostego powodu – tam oprócz wielu imprez kulturalnych był alkohol. Do tego lokalu miałem zresztą sentyment już jako licealista, zaś kiedy już studiowałem, Chatkę Żaka miałem po drodze. Mieszkałem na LSM-ie, więc akurat wracając z KUL-u przez Park Akademicki, mijałem Chatkę Żaka i jeśli uznałem, że warto by się napić piwa, to zachodziłem tam.

Albo sam lokal to podpowiadał...

Skąd, pijałem tam także kawę przed południem... Wie pan, to była trochę inna jakość, wtedy w lokalach można było palić, więc po prostu częściej chodziłem, bo nie miałem tego dyskomfortu, który miewam dzisiaj. W Chatce Żaka mieliśmy jakieś mniej lub bardziej oficjalne występy czy próby (kabaretu Osoby o Nieustalonej Tożsamości – przyp. red.). Pan Niedźwiadek, właściciel lokalu, od czasu do czasu myślał o tym, jak mógłby przyciągnąć nowych klientów. Oczywiście zastanawiał się nad tym w przerwach między graniem w szachy, bo była to jego główna namiętność. Gdy przychodzili do niego znajomi, zostawiał cały lokal na pastwę kelnerek, a sam siadał do stolika i grał z nimi w szachy. Zaś jednym z jego pomysłów na odświeżenie wizerunku było to, żebyśmy u niego występowali z jakimiś swoimi piosenkami czy monologami. Ja akurat wtedy miałem napisany taki cykl absurdalnych opowiadań. Utrzymywałem, że tłumaczę je z francuskiego, bo były to opowiadania o niejakim kapitanie Dubois, który na początku dwudziestego wieku był oficerem Legii Cudzoziemskiej. Wyglądało to tak, że czytałem jedno, potem ktoś zaśpiewał, potem ja czytałem drugie – a widownia podpowiadała, co kapitan Dubois jeszcze mógłby zrobić, jakie jeszcze mógłby mieć przygody, głównie nieobyczajne. Za to wszystko mogliśmy pić piwo tego dnia tak długo, aż się nam nie znudzi.

Kabaret powstał spontanicznie?

Kiedy miała wyjść ta moja druga książka, mikropowieść Obsesyjny motyw babiego lata, chciałem, żeby to moje pierwsze spotkanie autorskie było czymś, co dziś nazwaliśmy eventem. Tu proszę pamiętać, że wówczas coś takiego jak wydawniczy PR nie istniało, a wszystkie spotkania z pisarzami wyglądały tak samo: pan poeta czyta, państwo publiczność zadają nadęte pytania, pan poeta wzniośle odpowiada. Powstał pomysł, że moje spotkanie można byłoby ubarwić przedstawieniem kabaretowym na podstawie moich tekstów, które w zasadzie już były gotowe. Oprawę muzyczną przygotował mój przyjaciel Jarek Gawlik, muzyk, aktor i dziś powiedzielibyśmy „animator kultury”, chociaż wtedy mówiło się raczej o duszy towarzystwa.

Też student KUL-u?

Jarek Gawlik jest ode mnie nieco starszy, rzeczywiście studiował na KUL-u, również polonistykę ale zanim ja zacząłem studia, to już je zdążył skończyć. Poznaliśmy się w zupełnie innej sytuacji. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczynałem pracować nad moją debiutancką książką Udo Pani Nocy, moja jeszcze bardziej debiutancka sztuka była wystawiona, oczywiście nie w Teatrze Narodowym, ale w Studium Teatralnym przy Wojewódzkim Domu Kultury w Lublinie.

Oprócz humoru absurdalnego były piosenki. Podobne do Kabaretu Starszych Panów?

No nie... Kabaret Starszych Panów to niedościgły wzór, gdzież nam było do niego... Myśmy to nazywali kabaretem literackim głównie dlatego, że nasze dowcipy nie były śmieszne, czy raczej bawiły literatów. Niektóre z nich polegały na jakichś nawiązaniach, były też całkiem normalne, takie nawet zbliżone do Piwnicy pod Baranami teksty piosenek, niekiedy trochę absurdalnego humoru głównie w ruchu scenicznym. Aż do końca studiów kabaret działał ze zmiennym szczęściem. Ważną postacią był Sławomir Łukasiewicz, dzisiaj doktor habilitowany. Ale cóż – przegraliśmy konkurencję z takimi prawdziwymi kabaretami, gdzie facet przewraca się na skórce banana. A mówiąc serio, nie mieliśmy już czasu na ten kabaret, bo kiedy skończyliśmy studia, to musieliśmy się wziąć do uczciwej pracy.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama